
Mateusz Gamrot potrzebował pakietu premium i ten pakiet zrealizował. Było zwycięstwo, ale co ważniejsze – pieczątka pod postacią poddania. Oktagon zadebiutował na nadwiślańskiej scenie, a w klatce Oktagonu zadebiutowały dwie ikony polskiego MMA. Jedna swój pomnik wypolerowała. Figura drugiej lekko rdzewieje.
Mateusz Gamrot był synonimem ognia
Niech punktem wyjścia do „Gamerowych” rozważań będzie walka. Od początku Polak umiejętnie zarządzał tym, co dzieje się w klatce, wykluczając jakiekolwiek atuty Ribovicsa. Oczywiście, jak to w przypadku Gamrota bywa, obliczał swoje działania na cel o nazwie implementacja grapplingu. Zanim jednak do zapasów, to kilka słów o płaszczyźnie stójkowej. Polak był mobilny, krążył po klatce, dobrze pracował lewym prostym, wszystko przyjmował na blok. Tym, co mi imponowało, były pozorowane próby obaleń. Argentyńczyk obniżał pozycję, a kiedy wstawał, częstowano go ciosami. Kiedy już Gamer zaprzęgał swój ulubiony element, był w nim aktywny. Nie dość, że wykazywał się lepszą niż zwykle kontrolą, to zmieniał pozycje, szukając optymalnej drogi do poddania. Generalnie rzecz ujmując, na przestrzeni całej batalii Gamrot miał świadomość wysuwanych wobec niego oczekiwań. Zionął fighterskim ogniem od pierwszego do ostatniego gongu.
To było zwycięstwo zawierające trzy niezbędne podpunkty ( zielony kwadracik, pełnoskalowa dominacja, skończenie przed czasem ). Realizacja dwóch pierwszych wyróżników nie pozwoliłaby „Gamerowi” jakkolwiek skonsumować tego sukcesu. Wówczas znów brylowałoby poczucie niedosytu. W punkcie wyjścia Polak nie miał zbyt wiele do ugrania, a potencjalne straty byłyby dotkliwe. Taki obrót spraw daje Gamrotowi legitymację do spoglądania w górę. W innym wypadku znów mógłby pełnić mało ekscytującą rolę weryfikatora dla ekipy spoza rankingu.
W walce wieczoru dostaliśmy esencję Jiriego Prochazki. Dostał gwiazdkę z nieba, ruchomość Ulberga była znacznie ograniczona. Nowozelandczyk walczył zarówno z Czechem, jak i własną nogą. W tak newralgicznym momencie czeski wojownik uległ swoim bitewnym żądzom, zamiast w wyrachowany sposób dokończyć dzieła. Nie wiem, czy ta postawa osadzona była w chwilowej stracie koncentracji, poczuciu zbytniej pewności, czy pole wpływu ogranicza się wyłącznie do fighterskiej tożsamości Czecha. Ta tożsamość w moich oczach uchodzi za broń obosieczną. Raz przysporzy Jiriemu glorii i chwały, innym razem będzie trampoliną dla rywali. Ulberg wypalił lewym sierpem i na tym skończyły się czeskie harce. Heroiczna postawa Nowozelandczyka wzmacnia jego prawo do dumnego piastowania urzędu mistrza.
Pierwszy raz Oktagonu w Polsce
Pierwszy raz o wizycie czeskiej federacji pisałem tutaj: Na bitewnym szlaku #19: Czy mariaż Oktagonu z Polską wypali ? ; minione sędziowskie burze – Bezkres Sportu. Debiut Oktagonu oceniam jako poprawny. O żadnej ekspansji mowy być nie może. Niech argumentem przemawiającym za tą tezą będzie dynamika sprzedaży biletów. Okres promocyjny, a w zasadzie ogłoszenie eventu miało miejsce jeszcze w październiku ubiegłego roku. Dystrybucja wejściówek trwała do ostatniej chwili, a i tak nie zakończyła się pełnym sukcesem. Nie mam pojęcia, jakim zainteresowaniem telewizyjnym cieszyła się gala w Szczecinie, więc nie będę ferował wyroków w tej kwestii. Na przestrzeni miesięcy wydarzeniu nie szczególnie pomagał los ( z walki wypadli Lęgierski i Wawrzyniak ).
Nie wiem, czy mariaż Oktagonu z Polską będzie miał swoją kontynuację, ale wiem, że pozycja KSW na nadwiślańskim rynku pozostaje niezagrożona. Polska federacja przeważa, jeśli chodzi o warstwę sportową, a i ten produkcyjny, estetyczny aspekt wydarzenia zawieszony jest na wyższym poziomie. Uważam, że w dłuższej perspektywie Oktagon może być dla Polski tym, czym KSW jest dla Czech. I jedni i drudzy są ciekawym urozmaiceniem dla danej sceny MMA. Równocześnie jedni i drudzy nie mają szans na podkopanie pozycji krajowego potentata.
Jak już kiedyś wspominałem, pałam ogromną sympatią do Michała Materli, którego droga niewątpliwie wpisuje się w archetyp wojownika. Przyznam, że bardziej niż sobotnie zwycięstwo, cieszy mnie fakt, iż „Cipao” opuścił klatkę cały i zdrowy. Nie jestem osamotniony w opinii, że każda kolejna walka Materli jest tańcem po cienkiej linie, igraniem ze swoim organizmem. Z drugiej jednak strony rozumiem perspektywę zawodnika noszącego w sobie gen fightera, uzależnionego od tego, co robi przez całe życie. Jak chodzi o wymiar sportowy pojedynku, dobrze, że wydarzył się nokdaun w ostatniej rundzie. Dodał kolorytu tej jakby nie było nudnej batalii. Oczekiwałem zwarcia i relatywnie szybkiego rozwiązania sprawy na korzyść jednej ze stron. Dostaliśmy naznaczoną obupólnym respektem szermierkę, zwieńczoną znamiennym dla „Cipao” prawym overhandem.
Tomasz Narkun to przykład zawodnika, który kompletnie nie skonsumował swojego ogromnego kapitału. Przez lata sukcesywnie budował swoją pomnik, by później etapowo go kruszyć. Walka w Oktagonie była dla „Żyrafy” szansą na reanimację tej pięknej bądź co bądź kariery. Misja zakończyła się przykrym niepowodzeniem. Narkun był wolny, ociężały, bardzo czytelny. Jego niskie kopnięcia dało się zauważyć sekundę przed wyprowadzeniem, co skrzętnie wykorzystywał Poppeck. Brakowało decyzyjności, odwagi w podejmowaniu działań. W związku z tym, Niemcowi do triumfu wystarczyło niezbędne minimum.
ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🫡



