
Przez szereg lat Mamed Chalidow wybudował sobie „pomnik trwalszy niż ze spiżu”. Ilekroć na niego spoglądam, szczególnie w warunkach bojowych, tylekroć cieszę się, że dane jest mi doświadczać jego ery. Ale dziś to nie gwiazda Mameda świeciła najmocniej. Dziś swoje miejsce na niebie ugruntował Paweł Pawlak – człowiek, który stał się legendą.
Pawlak to już ikona ; ta sama muzyka De Friesa
Paweł Pawlak był Pawłem Pawlakiem w pełnej krasie, z tym że od początku na wyższych niż zwykle obrotach. Jakby delikatnie przysypiał u progu walki, mógłby zostać srogo pokarany. Tymczasem od początku świetnie pracował w dystansie, różnorodnie kopał (na kolana, na uda, na schaby), był nie tyle zachowawczy, co cholernie skoncentrowany i przezorny. Nie można przejść obojętnie obok parterowej pracy Pawlaka. Bo o ile dłonie i nogi ma gumowe, to łokciami sieje spustoszenie. Mamed, jak to Mamed, miał punktowe momenty wzmożonej aktywności. Były to chwile magiczne i efektowne. Na początku lubował się w obrotówkach, potem szukał doskoków z pięściami, a niekiedy czyhał na kolana. Mimo wszystko, większość ciosów uderzało co najwyżej powietrze. Dlaczego ? Bo Pawlak był na to przygotowany, czuł walkę i nawet, jak momentami Chalidow miał pole do popisu, Paweł mu umykał.
W kwestii niekwestionowanego hegemona dywizji ciężkiej nie powiem nic odkrywczego. Jeśli ktoś czytał artykuły rzucające światło na poprzednie występy potężnego Brytyjczyka, śmiało może ten akapit ominąć. Tym razem De Fries nie miał ani pół chwili słabości i opałów. Od początku, jak to ma w swoim zwyczaju, kapitalnie wykorzystywał ciężar ciała. Wójcik dwoił się i troił, momentami zaczynało nawet „świecić słońce”, na które niedługo później cień rzucały gabaryty mistrza. De Fries wykluczał kończyny, zachodził za plecy i w końcu udusił. Klasyka gatunku można rzecz. Porażka nie jest dla Polaka żadną ujmą, wszak z Anglikiem przegrywa każdy. Marcin to po prostu kolejny, który odbił się od ściany.
Niezmienny Rutek ; „Złoty” stał się srebrnym
Daniel Rutkowski wrócił po „wakacjach” i pokazał, że wciąż to ma. Pierwsza odsłona upłynęła pod znakiem „radomskiego zgniatania”. W drugiej Polischuck doszedł do głosu wysokim kopnięciem i tylko on sam wie, dlaczego postanowił pójść po obalenie. Daniela Rutkowskiego nie trzeba dwa razy zapraszać do kotłów zapaśniczych. Ten sam błąd Ukrainiec powielił później przynajmniej raz jeszcze. Oprócz pojedynczych chwil, Polak nie dawał rywalowi przestrzeni. Łapał, haczył, sprowadzał, a jak Polischuck wstawał, to „Rutek” monotematycznie działania powielał. Pieczątką na zwycięskim występie soczysty lewy sierpowy. Czyli tak, Rutkowski dbał o implementację własnych atutów, a Polischuck mógł podejmować lepsze decyzje. Czegokolwiek by jednak nie zrobił, nie sądzę, by zmieniło to ostateczny rezultat.
Albert Odzimkowski wreszcie dotarł do klatki KSW. Przed nim stanęło spore wyzwanie i nie chodzi tu wyłącznie o fizyczne gabaryty. Polak od początku nie mógł wejść w odpowiedni rytm. Punktem kulminacyjnym ścinający z nóg prosty Chorwata. Albert kręcił się do balachy, wstał, zacnie wynosił, obalał. Problem w tym, że po pierwszym nokdaunie, każdy ruch „Złotego” był spowolniony. Odzimkowski skracał dystans w czytelny sposób, ciężko oddychając. Vrtacic tylko czekał na momenty w płaszczyźnie strikerskiej, bo tam zasadniczo jeden cios/kombinacja dzieliła go od zwycięstwa. Chorwat swoją przewagę oczywiście zmaterializował. Vrtacic znów dowodzi wartości. Jego jedyna dotychczasowa porażka pod sztandarem KSW (z Michałem Michalskim) wstydu nie przynosi. Andy spokojnie może patrzeć w górę. Alberta, świetnego człowieka, po prostu szkoda.
Pozostałe wątki XTB KSW 117
Bardzo dobry występ Morelliego, jeśli chodzi o rzemiosło zapaśniczo-parterowe. Martins nie ma łatwego życia pod egidą KSW. Walczy, szarpie, sprawia problemy, ale wciąż znajduje się o kilka kroków za ścisłą czołówką kategorii. Hugo Deux dokonał całkowitej ekspozycji swojego klatkowego ja. Paiva nie potrafił być jakąkolwiek siłą przeciwstawną. Brazylijczyk dzisiaj nie zaoferował nic. Luka Vrtacic w bezkompromisowy sposób obnażył poziom Jacka Gacia, dla którego KSW jest najwyraźniej zbyt wysoko zawieszoną poprzeczką. Kapitalną ucztę urządzili nam Tobiasz Le i Sebastian Decowski, przy czym szefem kuchni był ten pierwszy. Cieszynianin konsekwentnie „upiększał twarz” Decowskiego, świetnie pracował ciosami prostymi, wykorzystywał nieszczelność „Jokera”. Doceniam serce do walki Rzeszowianina, nieustanną wiarę w powrót z dalekiej podróży. Niemniej jednak Le uwypuklił jego strikerskie deficyty, nie pozwolił zaistnieć parterowej wirtuozerii. Jak o otwarcie chodzi, Nacim Belhouachi odebrał Maskowi główny atut – stójkowy chaos. Grapplerska kontrola, czujność i odpowiedzialność na przestrzeni wszystkich trzech rund.
ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🫡



