
Drobnym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że Real Madryt we wtorek został pogrążony. Bayern umiejętnie przejął królewską koronę, która aktualnie nie koreluje z obrazem „Los Galacticos”. Obserwowaliśmy również dalszy ciąg madrycko-katalońśkich przygód. Odcinek 5 należał do Atletico, bohatera nadzwyczaj wyrachowanego.
Chwalmy Bayern Kompanego, choć niepewna wygrana jego
Bayern od początku uchodził w moich oczach za faworyta tego dwumeczu. Uważam, że mówimy o zespołach na innym etapie własnego rozwoju. Ekipa Kompanego to gotowy produkt. Jak chodzi o Real, nie mam pojęcia, czy mówimy o wyrobie w fazie przygotowania, fazie przejściowej. Nie wiem do jakiego punktu docelowego zmierza ten projekt. Ba, nie wiem, czy sam architekt Arbeloa to wie. A może architekt Arbeloa zwyczajnie nie ma narzędzi, by nad tym przedsięwzięciem sprawować pieczę. Innymi słowy, we wtorek dowiedzieliśmy się, że dobrze wylane fundamenty górują nad wolną amerykanką.
Hit na Bernabeu toczył się tak, jak ustawa przewidywała. Był pressing i kreacja Bayernu, było czyhanie Realu na szybkie wypady. Po pierwszej połowie na INSTAGRAMIE napisałem, że największym problemem Bawarczyków jest liczba strzelonych bramek. Powiedzmy sobie szczerze, Monachijczycy nie zmaksymalizowali zysków, nie zmaterializowali swojej ciężkiej pracy. Kapitalną szansą zmarnował Gnabry, na niemalże pustą bramkę chybił Upamecano. Goście w znamienny dla siebie sposób zamykali rywala we własnym polu karnym, niczym pięściarz zamyka oponenta na siatce. Widać było schematyzację działań, zrozumienie, szybkie decyzje. Nie zapominajmy o bardzo dobrze funkcjonującym środku pola.
Wejście Bayernu w drugą połowę wręcz idealne, bo zwieńczone szybką bramką. Potem wydarzyło się coś, co raczej nie powinno mieć miejsca. Z pożądanego przez Real chaosu wynikało dla Madrytczyków wiele dobrego. Już w pierwszej części gospodarze punktowo dochodzili do głosu. Wówczas na drodze Mbappe, czy Viniciusa stawał nieśmiertelny Manuel Neuer. W drugiej połowie wynik zdeterminował intensyfikację ofensywnych działań „Królewskich”. Tu też bramę wjazdową blokował legendarny Niemiec.
Oczekiwałbym od Realu całkowitego przedefiniowania własnego ja, o ile to własne ja istnieje. Od lat widzę bezpośredni futbol, bazowanie na błyskach geniuszu poszczególnych jednostek, wykorzystanie indywidualnej jakości piłkarskiej. Niekiedy to przynosi frukta, innym razem (na przykład teraz) nie do końca. Chciałbym w końcu zobaczyć spójną całość, tożsamość opartą na odnoszeniu większych korzyści wynikających z ataku pozycyjnego (mówię głównie o spotkaniach z równorzędnymi rywalami. Patrząc na konstrukt osobowy, aż prosi się, by niski blok zastąpiła romantyzacja futbolu.
Kłopoty, kłopoty Barcelony
Tegoroczne potyczki Atletico oraz Barcelony moglibyśmy określić mianem niezłego sitcomu. Krzyżują się losy tych samych bohaterów, ich historie bywają przewrotne, akcja toczy się w jednym środowisku. Niby każdy kolejny odcinek nie różni się znacząco od poprzedniego, ale nikt nie zamierza na to narzekać. Ten wczorajszy chyba najsłabszy spośród dotychczasowego zbioru.
Choć obraz obydwu zespołów nie odbiegał od tego regularnie oglądanego, to mam wrażenie, że stawka wzbudziła obopólny respekt. Barca ekspansywna, ale nie do przesady. Atletico reaktywne, ale nie aż tak intensywne, jak chociażby w zwycięskim meczu w Pucharze Króla ( tam ekipa Simeone sięgała gwiazd ). Choć „Duma Katalonii” szlifowała statystyki ( szczególnie Rashford łupiący celne strzały ), przypominało to momentami sztukę dla sztuki. Granie po obwodzie, lekkie zawiesinki w pole karne, generalnie mało treści. Tak jak żołnierze „Cholo” specjalizują się w dynamicznym wyprowadzeniu, tak tutaj tej dynamiki było niewiele. W końcu gospodarzy dopadła jednak czarna minuta. Długa lotka do Simeone, czerwona kartka, czysta finezja Juliana i kataloński dom się posypał.
Jak chodzi o drugą połowę, Atletico było gotowe cierpieć (nawet grając w przewadze). Czy cierpiało ? Nie zauważyłem ani chwili bólu. Barcelonie brakowało zębów, brakowało siły/atutów pozwalających przebić się przez madryckie zasieki, nie mieli przestrzeni na zerwanie tempa gry. Mało tego, goście wykorzystali swój jeden jedyny moment. Choć kapitał „Los Colchoneros” imponuje, dwumecz nie jest przesądzony ( przestrogą dla Atletico rewanż w Pucharze Króla ). Kogo ma stać na piłkarską ekstrawagancję, jeśli nie maszynę Flicka.
Zapraszam na INSTAGRAMA 🔥



