Polskie orły #11: Przykład bohatera romantycznego. Reprezentacja Polski z piękną porażką.

Niedługo minie doba, a moja świadomość jakby wciąż nie utrwaliła wieści, że na mundialu zabraknie reprezentacji Polski. Percepcja tego faktu byłaby zupełnie inna, jeśli Szwedzi spuściliby nam łomot. Tymczasem dostaliśmy dojmujący dowód na to, że futbolem często rządzą momenty, a błędy rodzą konsekwencje. Szwedzi tego meczu nie wygrali. To my ten mecz przegraliśmy.

Od ściany do ściany

Zaczęliśmy dobrze, intensywnie, ekspansywnie, bliźniaczo do meczu z Albanią. Potem mały przestój, trudności z przeszywaniem środkowej linii gospodarzy. Następnie Szwedzi w kreatywny i efektywny sposób otworzyli wynik. Ciężko znaleźć jednoznacznego winowajcę w tym konkretnym wypadku. A skoro mówimy o czymś na kształt odpowiedzialności zbiorowej, mogę założyć, że zawiodła organizacja gry. Niezwykle podobała mi się reakcja na stratę. Prawdziwe pospolite ruszenie. Otwieraliśmy, a w zasadzie pożeraliśmy przestrzeń. I to zarówno środek pola, jak i boczne sektory, a szczególnie ten lewy. Kiedy Nicola uspokoił serca polskich kibiców, postanowiliśmy znowu poprosić o problemy. W zasadzie zrobił to Zalewski. Rzut wolny wykonano, niepilnowany Lagerbielke wjechał jak w masło. znowu trzeba było gonić. Jak jesteśmy przy pierwszej połowie, na marginesie dodam, że Jakub Kamiński powinien skończyć choć jedną z sytuacji.

Na półmetku rywalizacji towarzyszyły mi sprzeczne ze sobą nadzieja i rozgoryczenie. Jeśli w pierwszej części byliśmy zespołem bardziej jakościowym, to w drugiej dysproporcja raziła po oczach. Szybko wyrównaliśmy stan rywalizacji, zresztą po trudnej, imponującej akcji. Całokształt napawał dumą. Tworzyła go swoboda, gra na jeden kontakt w środku pola, element przyspieszenia, decyzyjność, odpowiedzialność, umiejętne zbieranie drugich piłek. Powiedzieć, że duet Zieliński-Szymański wyglądał jak złoto, to nie powiedzieć nic. Szwedzi czekali w bezdechu na gwiazdkę z nieba. I najgorsze jest to, że znowu się doczekali. Oddanie inicjatywy w tak fundamentalnym momencie, to swoiste igranie z ogniem. Gyokeres wzniecił pożar, którego nie sposób już było ugasić.

Kto na plus, kto na minus

Zacznę od tych przeze mnie ozłoconych. Choć Sebastian Szymański oraz Piotr Zieliński nie wystrzegli się drobnych zaniechań, to suma ich atutów całkowicie je przygniata. Minione zgrupowanie było w moich oczach pieczątką zasadności wyjściowej jedenastki dla zawodnika Rennes. Imponowała mi przekrojowość jego działań, która często pozostaje niezauważana. Kilka wczorajszych interwencji Szymańskiego budziło podziw.

Jakub Kamiński poprawnie wypełniał swoją rolę. My wiemy, jakimi atutami dysponuje. Jego dynamika potrafi zrobić różnicę, co widzieliśmy w mniejszym wymiarze z Albanią, a większym ze Szwecją. Brakowało mi jednak stempla, czegoś ekstra. Tym czymś mogło być wykorzystanie którejś z wczorajszych szans. Skoro przy skrzydłowych, tudzież wahadłowych jesteśmy, Nicola Zalewski przypomniał, jak ważnym elementem układanki jest. Michał Skóraś w czwartek był zwyczajnie poprawny. Wejścia Oskara Pietuszewskiego postrzegam dwojako. Z Albanią okazał się być jakże potrzebnym podmuchem wiatru. Wczoraj po prostu nie wyszło. Matty Cash w półfinale był niebezpieczny dla reprezentacji Polski. Ze Szwedami postawił na odpowiedzialność, pragmatyzm, poprawność.

Teraz do paradoksu. Minione lata naznaczone były obawami, uzasadnionym brakiem zaufania do poczynań defensywnych. Ostatnimi czasy, moja czujność została lekko uśpiona. Przed tym zgrupowaniem wypełniał mnie w tym zakresie większy spokój. Przecież nie można nie docenić pozycji, którą w Porto zbudował sobie duet Kiwior-Bednarek. Jak pokazały baraże, obrona to wciąż pole z ogromnym marginesem na poprawę.

A Robert Lewandowski ? A przed Robertem Lewandowskim czas decyzji. Odnoszę wrażenie, że „Lewy” wreszcie zaczyna być społecznie doceniany. Powód ? Bliskość nieuchronnego końca przepięknej przygody. Ucieleśnia się klasyczny schemat. Zostając w kadrze na dłużej, Robert nikomu nie zablokuje miejsca. Za nim nikt nie czeka. On wciąż może być wartością dodaną dla tego konstruktu.

Dobrze, że Jan Urban zostaje

Jan Urban zasłużył na całkowite votum zaufania z mojej strony. Dostał jedno wielkie pobojowisko, na którym w relatywnie krótkim czasie rozpoczęło się nowe życie. Kiedy trener Urban obejmował spaloną ziemię po Michale Probierzu, oczekiwałem przede wszystkim dwóch elementów – piłkarskiej myśli przewodniej i niezbędnych cech wolicjonalnych. Na zakończonym wczoraj zgrupowaniu widziałem zespół gotowy do pospolitego ruszenia w chwilach kryzysu. W kontekście piłkarskim od miesięcy widzę idee nastawione na ekspozycję obecnych w kadrze pokładów kreatywności. Warto to docenić i warto na tym fundamencie budować. Oczywiście, ostatnie dni uwypukliły również deficyty. Bezkrytyczne podejście byłoby błędem, srogim pominięciem kluczowych elementów. Na koniec dnia czerwcowym nocom nie będą towarzyszyli biało-czerwoni. Mówiąc o kluczowych elementach, mam na myśli wspomnianą wyżej organizację gry, szeroko pojętą defensywę. Nie wyobrażam sobie jednak rzeczywistości, w której te niedociągnięcia niweluje ktoś inny, niż ten, który postawił na nogi niemalże trupa.

ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🔥

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry