
Mają nad czym dumać w Liverpoolu, wszak domowa porażka z United potwierdza niepokojącą tendencję. Aston Villa wybrała w Londynie efekty, a niżeli środki do niego prowadzące. Jeśli istniałby zawód o nazwie „strzelanie bramek”, to w Serie A ewidentnie nie skończyli jeszcze siesty.
Defensywny bezład, ofensywna niemoc
Moglibyśmy powiedzieć, że „The Reds” w niedzielę zabrakło między innymi szczęścia. Kilkukrotnie pręty obijał przecież Cody Gakpo. Nie sam brak szczęścia był jednak powodem klęski. Kluczową rolę w chwilowym impasie ekipy Slota odgrywa chwiejna defensywa, w tamtym roku ponadprzeciętnie się rozumiejąca, w tym jakby trochę „rozleziona”. Znakami ostrzegawczymi były już pierwsze takty tegorocznej kampanii. Teraz, z negatywnymi znakami zaczęły „współgrać” również wyniki. Kiedy Harry Maguire ustalił wynik spotkania, miałem wrażenie, że w powietrzu wisiał wyłącznie on sam. Odchodząc od kwestii obronnych, środek pola jakby anonimowy, zaś Mo Salah pozbawiony jakiejkolwiek iskry. Choć sytuacja nie wymknęła się jeszcze spod kontroli, to problem istnieje. Cztery następujące po sobie porażki to realia skrajnie zaprzeczające aspiracjom drużyny z Anfield.
Manchester United wyjeżdża z Anfield ukontentowany. Bryan Mbuemo szybko otworzył wynik i wszystko od razu stało się łatwiejsze. Pierwsza połowa to generalnie dobry czas „Czerwonych Diabłów”. Po jednym z szybkich wyjść, Bruno posłał futbolówkę w słupek. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to z pewnością są to długie fragmenty drugiej połowy. Odnosiłem wrażenie, że defensywa United usytuowana była zbyt głęboko. Nie tyczy się to rzecz jasna momentu, kiedy na tablicy widniał remis, a na boisku obserwowaliśmy istny ruch wahadłowy. Od tego ma się jednak Bruno Fernandesa, by ten uwydatnił swój błysk geniuszu w mało oczekiwanym momencie, co zresztą się wydarzyło. Droga do stabilizacji daleka, niemniej jednak tego typu victorie mają znaczenie przy budowie jakiejkolwiek ciągłości.
Koguty piały tylko chwilę
Nie szczędziłem pozytywnych słów drużynie Thomasa Franka po starciu z City. Od tamtego czasu tak kolorowo już jednak nie było, w końcu równowaga w przyrodzie musi być. Nie sposób pominąć kwestii kontuzji, które „storpedowały Koguty” ostatnimi czasy. Przed samym spotkaniem, ciężko mi było jakkolwiek przewidzieć jego potencjalny przebieg. Perspektywa pomeczowa każe sądzić, że nie byliśmy świadkami nadzwyczajnych chwil. Zaczęło się obiecująco, Mohammed Kudus zainicjował zacną akcję bramkową, Spours wyszło na prowadzenie, liczyłem na dynamizację spotkania. Nic bardziej mylnego. Omawiany mecz określiłbym mianem „fleszy”, pojedynczych błysków, jednorazowych, ale jakże efektywnych impulsów, szczególnie w kontekście „The Villains”. Rogers, ale i Buendia, uraczyli nas pięknymi w swojej urodzie bramkami, które jednak nie miały przyczyny w składnej, ciekawej akcji. Problem ekipy Franka był taki, że z biegiem czasu tych impulsów coraz mniej, „Koguty piały coraz ciszej”. Unai Emery i spółka odnotowują kolejne zwycięstwo, choć ofensywna indolencja u progu sezonu nie zwiastowała niczego dobrego.
Gole ? A na co to komu
We Włoszech kolejka specyficzna, by nie powiedzieć anomalna. W całej rundzie liczącej 10 meczów, padło „pokaźne” 11 bramek. Ja akurat spojrzałem na spotkanie, gdzie tych goli była „cała masa”, zachowując oczywiście wszelkie proporcje. Chcę wspomnieć o drużynie z Como, w starciu z Juve niezwykle dojrzałej, inteligentnej, rozsądnej. Ekipa Cesca Fabregasa całkowicie zneutralizowała wątpliwej jakości zapędy „Starej Damy”. Popełniłbym wykroczenie, nie wspominając o Nico Pazie. Ten facet uosabia piłkarską magię, niezależnie od ilości miejsca, którą posiada. Wystarczy jedna kępka trawy, by Argentyńczyk sprawił rywalom niemały kłopot. Wokół Como roztacza się aura, aura nie spowodowana wyłącznie malowniczą krainą geograficzną, ale piłkarskim zjawiskiem pod batutą Fabregasa. Jeszcze rok temu nikła była moja świadomość w kontekście drużyny z Lombardii. Dziś warto skierować tam choć trochę swojej uwagi.
Piłkarska pigułka
W Anglii ścisk, nie inaczej we Włoszech. Frapująco wygląda sytuacja w górnych rejonach tabeli. Arsenal w metodyczny sposób mknie przed siebie, wykorzystując potknięcia innych. Być może nie wystawiają regularnie „piłkarskiej sztuki”, ale realizują przynoszące im korzyści założenia. Jak o Francję chodzi, na szczycie Marsylia, która urządziła „pokaz siły” na Velodrome. Nie myślę, by ktokolwiek w dłuższej perspektywie zagroził „bestiom z Paryża”, ale warto odnotować tak rzadko zauważalny moment, kiedy na „tronie” zasiada inny zespół. W Polsce opinię publiczną zdominował Edward Iordanescu. Rumun miał osadzić Legię w napawającej dumą rzeczywistości, tymczasem „wzburza ciężki do okiełznania sztorm”.
Czas na europejskie puchary, a już w piątek powróci „Czas mistrzów”, do którego lektury z tego miejsca zapraszam.


