Czas mistrzów #8: Pozbawione hamulców PSG ; waleczna Jaga ; ciężkostrawny Raków

Najwyższa pora powrócić do cyklu opatrzonego nazwą „Czas mistrzów”. Za nami trzecia, tudzież druga kolejka europejskich pucharów. Panujące na tronie PSG zapewniło gospodarzom z Leverkusen druzgocące doznania. Juventus wciąż nie wygrał spotkania. Występy polskich zespołów urzeczywistniały znaczenie słowa „paradoks”.

Paryskie delicje

Oglądając wtorkowe spotkanie w Leverkusen, miałem wrażenie, że PSG posiada w swoich szeregach „suwak”, za pomocą którego sama ustala poziom trudności. Kiedy drużyna Enrique przechodziła chwilowe kłopoty, to w dużej mierze na własne życzenie. Mam na myśli doprawdy tragiczną dyspozycję Zabarnyiego. Może nie tyle tragiczną, co lekkomyślną. Przy pierwszym rzucie karnym dla gospodarzy, miałem wątpliwości, co do jego zasadności. Druga sytuacja to sprawa klarowna. Kiedy Garcia wyrównał stan rywalizacji, „suwak powędrował” w dół. PSG lekkie, frywolne, definiujące różnicę jakości, sprawiające, że defensywa Bayeru wyglądała, niczym grupa kumpli spotykająca się co tydzień na orliku. U progu meczu, Bayer szarpał, stanowił spójną całość, miejsce znajdował Kofane. Kiedy PSG jakkolwiek równało do postawionej przez siebie poprzeczki, Bayerowi na otarcie łez pozostała wyłącznie majestatyczna, druga bramka Garcii.

Za godne porażki nie płacą

To nie była łatwa przeprawa „Królewskich”. Co oczywiste, zespół Xabiego Alonso wyszedł ofensywnie usposobiony. Niemniej jednak, „Stara Dama” nie opierała się wyłącznie na uporczywej defensywie, zaliczając kilka dynamicznych, potencjalnie groźnych wyjść z piłką. Efektywnie futbolówkę dystrybuował grający „na ścianę” Vlahovic. Przestrzeń momentami próbował połykać Thuram. Kalulu hasał prawą stroną. Defensywa, na czele z Gattim nie popełniała rażących przewinień. Ofensywa Realu ma jednak wartość niemierzalną, wykraczającą poza skalę. Prędzej czy później coś wpadnie, często niezależnie od dyspozycji dnia, klasy rywala, planu taktycznego. „Królewscy” w środę nie byli genialni, byli wystarczający. Goli mogło być oczywiście więcej. Od tego są jednak bramkarze, by w tego typu rywalizacji eksponowali jakość, co zresztą Courtois, a przede wszystkim Di Gregorio uczynili.

Istny przewrót

Najpierw o tym, co pozytywne i poniekąd niespodziewane. O 18:45, moje oczy skierowały się w stronę Strasbourga. I tak, z dziką chęcią dołączam do „ogólnopolskiej pieśni pochwalnej” dla Jagielloni Adriana Siemieńca. Abstrahując od rezultatu wywiezionego z Francji, podoba mi się fakt, że na drodze do wyniku, Jaga nie traci piłkarskiej tożsamości. Przeciwnik posiadał więcej jakości piłkarskiej sensu stricto, a mimo to, nie było żadnego przejawu lęku przed wyprowadzaniem piłki od własnej bramki. Wielu fruktów co prawda to nie przynosiło, natomiast tak wyglądają tego typu spotkania. Najważniejsze, by wykorzystywać momenty, impulsy, na które sam sobie zapracujesz. W pierwszej połowie zacnego podania od Wdowika, nie wykorzystał Imaz. Na początku drugiej części, świetnie sytuacyjnie zachował się Stojinović, dając tym samym prowadzenie. Oczywiście, Jagiellonia przez kolejne minuty „rękami i nogami” broniła dostępu do bramki, natomiast cel wymaga poświęceń, „cel uświęca środki”. Gargantuiczna pochwała należy się Miłoszowi Piekutowskiemu. Bez niego, ten sukces nie miałby racji bytu.

„Męczyli bułę” częstochowianie, by ostatecznie wyjechać z nagrodą pocieszenia. W końcu lepszy remis, niż porażka z rąk Sigmy, która wcale nie „paliła się” do szarż. Kapitał ofensywny gospodarzy, zebrany w trakcie wczorajszego meczu, można zamknąć w słowach – jeden, dobrze rozegrany stały fragment. Nie było jednak tak, że Raków na potęgę trwonił okazję. Ofensywna indolencja Rakowa nie korzystnie wpływa na oczy. Wygląda to topornie, schematycznie, mało satysfakcjonująco, zresztą nie od dziś. Brawa rzecz jasna za akcję bramkową Pieńki, zakończoną urodziwym strzałem Svarnasa.

Nie ma absolutnie żadnego, najmniejszego wytłumaczenia dla tego, co zrobił Lech w Gibraltarze. Jedna, wielka kompromitacja. Najpierw delektujemy się koronkowym usposobieniem z Rapidem, by teraz widzieć tego typu, nieprzyjemne zjawisko. Cieszy zwycięstwo Legii w Krakowie. Co prawda trenera Iordanescu nie specjalnie rozpierała energia, natomiast reakcja drużyny oraz całego sztabu podkreśla wagę tego triumfu. Panie Rafale, co oni by bez pana wczoraj zrobili…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry