
Niemiecki klasyk to tym razem dwa mecze w jednym. Pierwsza połowa toczyła się w myśl słów: „Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie”. W drugiej części BVB słusznie stwierdziło, że coś wypada pokazać. Co by się jednak nie działo, „to i tak by nic nie dało”. Krystalizuje się powolutku grupa pościgowa, spoglądająca na pędzący Bayern. Mam jednak wątpliwości, czy pościg w ogóle się rozpocznie.
Niezachwiana hierarchia
Czy wczorajsze spotkanie zachwiało jakkolwiek moim relatywnie pozytywnym odbiorem Borussii Nico Kovaca ? Absolutnie nie. Oczywiście, mam spore zastrzeżenia w kontekście pomysłu (lub też braku takowego) na wczorajszy mecz. Spoglądając na rzeczywistość bardziej generalnie, z lotu ptaka, wczorajszy klasyk nie zmienił literalnie nic. Mnie jako gorącemu zwolennikowi klubu z Dortmundu, pozostał niedosyt i smutek wynikający z porażki, niedosyt poniekąd wpisany w rachubę. Od początku sezonu w artykułach przemycałem tezę, że Bayernowi co najwyżej można „pogrozić palcem”, ale nie realnie zagrozić. Jeśli ktokolwiek w dłuższej perspektywie sprawi „Die Roten” kłopoty, to „oni sami potykający się o własne nogi”.
Pierwsza część w wykonaniu BVB wołala o pomstę do nieba. Statystyki uwydatniają skalę zjawiska, a wręcz „rażą po oczach”. Aż pozwolę sobie przywołać. Żadnych strzałów, pusto jak chodzi o gole oczekiwane, 91 podań (przy 339 Bayernu), 25% posiadania piłki. Droga Borussio, tak nie można. Niko Kovac ewidentnie postawił w tym spotkaniu na defensywę (co dało się zauważyć po rysunku taktycznym), ale jego zamiary chyba zabrnęły za daleko w obiegu rzeczywistym. Bayern literalnie miażdżył przeciwników, nie dając im „grama nadziei”. Jedynym plusem po stronie Dortmundu był wynik. Druga połowa to w mojej opinii żywy dowód, jak wiele dobrego może wprowadzić sfera mentalna. Na boisko wyszli przecież ci sami zawodnicy, z tą różnicą, że marazm, tudzież indolencję, zastąpiła realna walka o każdą piłkę. Wielce dogodnych okazji z tego nie było, ale było przekonanie o możności stanowienia siły przeciwstawnej.
Zaimponował mi Harry Kane, nie pierwszy zresztą raz. Mowa o jego wielowymiarowości. Był obecny w każdym fragmencie boiska, raz wcielając się w rolę defensora, innym razem wizjonera, nie zapominając przy tym o naturalnym środowisku – polu egzekucji. Środek pola zdominował Pavlović wraz z Kimmichem. Swoją robotę rzetelnie wykonywał Olise, sprytnie wykorzystując nieporadność Bellingham’a, kiedy umieścił futbolówkę w siatce. Wśród gości ciężko o wyróżnienia indywidualne. Plus można zapisać po stronie Brandta, który zaraz po wejściu na plac zameldował się „dającą tlen” bramką.
Krystalizacja czołówki
Spoglądając na tabelę, odnoszę wrażenie, że krok po kroku „oddziela się ziarno od plew”. Minęło 7 kolejek, a w szeroko pojętej czołówce urządzają się ci z potencjalnie największą jakością. Mówię szeroko pojętej, albowiem definicja „czołówki” w Niemczech jest dynamiczna. Nie muszę przypominać zeszłorocznego „ścisku”. Oglądałem wczoraj „Goal Arenę” i podtrzymuje swoją wiarę w projekt Hjulmanda. W kilku fragmentach spotkania w Moguncji, Leverkusen wyglądało naprawdę zacnie. Pewnym krokiem brnie przed siebie Stuttgart, który pokonał uwsteczniający się Wolfsburg.
Wspomniałem o Wolfsburgu oraz Mainz. „Płakać się chce”, kiedy na myśl mi przychodzi drużyna trenera Simonisa, gdzie nie zgadza się nic i jeszcze trochę. Jak o Mainz chodzi, historyczny dla nich sezon, może się odbić srogą „czkawką”. Europejskie puchary nie miały rzecz jasna wpływu na dyspozycję w starciu z Bayerem. Tabela nie jest jednak rezultatem wyłącznie tego meczu, a ta nie wygląda obiecująco. Jeśli obiecująco nie prezentuje się sytuacja drużyny Bo Henriksena, to co powiedzieć o tej z Moenchengladbach. Może lepiej nie mówić już po prostu nic…


