Wtorkowo-środowe zmagania pucharowe (krótki komentarz)

Piłka nożna, spać nie można. Wtorek i środa były dniami pucharów krajowych. Grali w Hiszpani, we Włoszech, Francji, czy w Niemczech. Miejsce miała także kolejna kolejka Premier League, lecz o tym nie teraz, nie tu. Tu będzie głównie o rewanżu na Wanda Metropolitano, choć nie tylko,…ale w dużej mierze. Przejdźmy więc może do rzeczy i nadajmy sprawom większej dynamiki.

El classico w finale Copa del Rey

Początek spotkania na Wanda Metropolitano był obfity w odczuwalne napięcie. Stawka spotkania, niczym woń rozpościerała się w powietrzu. A z języka poetyckiego do futbolu przechodząc, to Cesar Azpilicueta mógł na starcie wylecieć z murawy, a poza tym Madrytczycy nałapali trochę kartek. Sporo walki fizycznej, piłkarskiego klinczu. Potem już o walory stricte futbolowe postarała się Barca, która głównie grała w piłkę nożną, kiedy Atletico głównie się broniło. Lamine Yamal raczył nas bawić swoim nieziemskim talentem. Druga część, to już obraz zgoła odmienny. Tam trochę więcej przestrzeni do gry znalazła ekipa Simeone. Sorloth zmarnował dogodną okazję, ale prawdę mówiąc na więcej stać ich nie było. Samą kompanię Flicka też jakby siły witalne na pewnym etapie opuściły. Optycznie przeważali gospodarze, kontratakowali goście. Mecz mógłby być wolny od nerwowej końcówki, ale przy jednej z sytuacji samolubnie zachował się Raphinha.

Jak już niewiele ponad dwa tygodnie wspominałem, Barcelona jest produktem gotowym sięgać piłkarskich szczytów. Dziś zdali kolejny egzamin dojrzałości. Wszelkie nadzieje Atletico na przestrzeni kilku tygodni stały się prochem marnym.

W finale czeka nas El Classico. A to za sprawą Realu, który był Realem. Nieważne, jak bardzo absurdalny przebieg ma spotkanie, jak poza schematyczny scenariusz maluje, bo na końcu i tak wygrywa Real. Niekoniecznie jednak z Barceloną, o czym w sposób brutalny przekonali się już dwukrotnie podczas tego sezonu. Jak będzie teraz, dowiemy się 26 kwietnia.

Gdzie indziej też grali

Puchary krajowe to często platforma, by chwile chwały przeżywały drużyny teoretycznie skazywane na pożarcie. Taką ciekawą sytuację mamy w Niemczech, gdzie trzecioligowa Arminia Bielefeld wyeliminowała Bayer Leverkusen. Sensacja, to małe niedopowiedzenie. Dziś do finału dołączył VFB Stuttgart, który może się uśmiechnąć, biorąc pod uwagę trudny czas w lidze. Trzeba przyznać, że przygoda nowego trenera w Lipsku nie zaczyna się zbyt obiecująco.

Na włoskiej fali wciąż płynie Bologna, która jedną nogą zameldowała się w finale. Dzisiejsze derby Mediolanu na remis. Tam wciąż awans na szali, choć nie ukrywajmy – faworyt jest jeden.

W Polsce Legia rozbiła Ruch, zaś Pogoń Puszczę. Nie wydarzyło się więc nic, czemu zdrowy rozsądek by zaprzeczał. Pogoń zdeterminowana, ambitna, wręcz ognista, chcąca odkupić winy, zmazać plamę za zeszłoroczny finał z Wisłą, w końcu chętna zamknąć piękną klamrą tą niedokończoną z tymi rozgrywkami historię. Trudno nie życzyć sukcesu Kamilowi Grosickiemu i spółce, wszak „Grosik” swoją postawą najzwyczajniej na to zasługuje. Droga wciąż daleka, rywal wymagający. Spacerkiem nazwać tego nie można. W razie niepowodzenia, w Szczecinie zapanuje szeroko zakrojona żałoba.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry