
Olsztyn dowiózł, Olsztyn nie zawiódł. Doświadczyliśmy sporej ilości MMA na wysokim poziomie, obfitującego w emocje, zwroty akcji, dramaturgię, ekwilibrystykę, to, co w tym biznesie najważniejsze. Był mały moment spowalniający, chwilowy zastój, co jednak nie może znacząco wpływać na generalną notę wydarzenia o, nazwijmy to, budowie klamrowej.
Bezlitosny Soldaev ; fantastyczny Wójcik
Nie zdążyliśmy się nawet odpowiednio wczuć w nastrój walki wieczoru, albowiem koniec nadszedł bardzo szybko. Adam Soldaev rozpoczął spokojnie, badawczo, w wąskiej pozycji. Brichta inaczej – krążył energicznie z szeroko rozłożonymi dłońmi. Po spokojnych 3 minutach Soldaev wypuścił prawego overhanda, szybkiego jak kula wychodząca z karabinu, i było po wszystkim. Zwycięstwo „Czonkhura” piękne, lecz w pewnym sensie pyrrusowe. „Nawarzone piwo” należy jednak wypić, dlatego nie dość, że zawodnika WCA ominie spora część wypłaty, to ominie go również bonus za walkę wieczoru. Cieszy mnie, że końcem roku zmaterializuje się prawdopodobnie starcie Soldaev vs Kaczmarczyk. Jest na co czekać. Kariera Leo Brichty ostatnimi czasy falami się toczy. Oby fale się uspokoiły, wszak Czech to wciąż spory i potrzebny talent.
Marcin Wójcik był klasą dla samego siebie. Zwracam honor, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Tych zaskoczonych była zresztą cała masa, wystarczy spojrzeć na kursy bukmacherskie. Do oktagonu wkraczają jednak zawodnicy, a sobotniego wieczoru tym lepiej dysponowanym był Polak. Mam przekonanie, że od początku do końca, Wójcik wykonywał nakreślony plan. Doprowadził sprawy do końca, co nie zawsze stanowiło regułę (patrz pojedynki z Rafałem Haratykiem). Czeczen wykazywał się inicjatywą, bazując na ruchliwości, tak zwanej czutce, próbował zamknąć rywala pod siatką. Polak walczył reaktywnie, często używał kopnięć, kontrował ciosami, posłał nawet Chuzhigaeva na deski, a w momentach zagrożenia skutecznie chował się za podwójną gardą. Druga odsłona to istna profesura Wójcika zwieńczona zwycięstwem. Treningi z Rafałem Haratykiem zdały się przynieść rezultaty, ale nawet abstrahując od tychże, Polakowi tego dnia nie mógł zagrozić nikt. Chuzhigaev niby ten sam, ale nie do końca. Wszystko jakby w mniejszym wymiarze, mozolniej, mniej dynamicznie. Małą rdzę dało się zauważyć, co sam Ibragim podkreślił. Mimo tego, to wciąż niepodrabialna postać.
Wyniszczający bój pań
To była kolejna, niezwykle cenna lekcja na drodze rozwoju Wiktorii Czyżewskiej. W sytuacji wręcz dramatycznej potrafiła wrócić do walki, sama przejmując dyktaturę jej tempa. Cały spektakl w wykonaniu pań spokojnie aspiruje do miana walki roku kobiet na naszym podwórku. W tym całym zajściu docenić należy Sattelmayer. Ogromne serce do walki, zażartość, zaciekłość, chęć zwycięstwa. Jej wylaną w czasie pojedynku krwią mógłbym pomalować sobie pokój. Tak, to był komplement.
Nie jestem przesadnym fanem kobiecego MMA. Nie chodzi tu o żadną dyskredytację, czy dyskryminację ze względu na płeć, a o biologię i naturę sensu stricto. Choć cenię ogromną nieustępliwość, to zestawiając aspekty zakrawające o fizyczne możliwości, różnica jest diametralna. Wobec powyższego nie należy na walki pań spoglądać przez pryzmat facetów. Mierząc pojedynek Czyżewska vs Sattelmayer kobiecą miarą, było to starcie fascynujące. A jeśli doszukiwać się w starciach płci żeńskich elementów charakterystycznych dla męskich batalii (siła, dynamika, wysoki współczynnik skończeń ), to Wiktoria Czyżewska, czy Ewelina Woźniak są tego zjawiska najbliżej.
Kontrowersje i kontuzja
W kontekście walki Zielińskiego z Niedźwiedziem, opinii publicznej wcale nie rozgrzewa jej walor sportowy. Pojedynek był to szybki, a w dodatku nie obfitował w wielość akcji. Dyskusja tyczy się kontrowersji. Choć nie jestem kompetentną osobą, by w tej kwestii wysuwać autorytatywne opinie, swoje zdanie mogę mieć. Końcówkę starcia oglądałem kilka razy i wciąż nie jestem przekonany, że uderzenia Adriana Zielińskiego miały legalny charakter. Szkoda, że właśnie w taki sposób zakończyło się starcie na papierze bardzo zajmujące.
Potencjał na intrygującą batalię miał również bój ciężkich – Martinka oraz Scheffela. Pierwsza runda spokojna, ale nie nudna. Zdziwiło mnie wywieranie inicjatywy przez Czecha, ale robił to w sposób efektywny. Lokował pojedyncze uderzenia, a w defensywie dobrze pracował gardą. „Buffa” krążył, okopywał, obserwował, czytał. Kiedy miało się na dobre rozkręcić, kontuzja zakończyła walkę. Pozostał spory niedosyt. Martinek wraca na zwycięską scieżkę, pytanie, co dalej. Scheffel nie przeżywa w KSW szczególnie udanego czasu, choć należy przyznać, że nie stroni od wymagających wyzwań.
Inne starcia XTB KSW 108
Starcie Kuczmarskiego z Guzikiem, raz całkiem ciekawe, raz trochę nudnawe. Zawodnik Grapplingu Kraków wyciągnął rywala na „szerokie wody”, ale ten przetrwał, a mało tego – wygrał. O ile pierwsza i trzecia runda w swoim przebiegu wielu wątpliwości nie rodzi, to wypada docenić mądrość Kuczmarskiego, który na końcu walki, w sytuacji wycieńczenia, działał instynktownie, „klejąc” się do rywala. Michał Guzik jakby znowu ospały, wzrastający z biegiem trwania pojedynku. Problem w tym, że kiedy wszedł na odpowiednie obroty, skutecznie pracując w dystansie, było już za późno.
Starcie Wojciecha Kazieczko z Dawidem Karetą technicznej uczty być może nie stanowiło, jednakże tę walkę najzwyczajniej oglądało się ze wzmożoną ciekawością. Było tak, jak mogliśmy się spodziewać. Kareta nacierał, atakował, zamęczał, próbował sprowadzać. Kazieczko zużywał duże pokłady energii na wyprowadzanie ciosów, czy klincz pod siatką (lub jego zrywanie), a z czasem dawał o sobie znać brak tlenu (rozpuszczone ręce, tryb „zombie” ). Mimo to, fighter PEPE MMA przetrwał, zadawał bardziej znaczące ciosy, był bliski skończenia, odwracał sytuację pod siatką, w konsekwencji zwyciężył. Mimo zaistniałego faktu, muszę przyznać, że kiedy młodszy z braci zasilał szeregi KSW, liczyłem, że ten rozwój oraz progres będzie bardziej zauważalny.
Igor Włodarczyk spełnił pokładane w nim nadzieje. Bardzo szybko i efektownie zarazem rozprawił się z Gabnerem. Z wypiekami na twarzy czekam na jego kolejne występy. Karol Durszlewicz może być ciekawym wzmocnieniem kategorii koguciej. W „Ciszy przed burzą” pisałem o tak zwanym „złotym strzale” (link: Cisza przed burzą #6: W Olsztynie poznamy dwóch pretendentów !? – Bezkres sportu ). Choć to pewnie zbyt górnolotne określenie, Durszlewicz mógł się podobać. Agresja, inicjatywa, niezła kontrola na ziemi, zmiany pozycji, finezyjny nokaut na „schaby”. Jak zaczynać, to właśnie w ten sposób.


