Na bitewnym szlaku #25: Nie znoszące nudy FEN 62 ; chwila chwały Kołeckiego ; Tybura bez wyrazu

Kilka końcowych akcentów gali FEN 62 sprezentowało nam to, co tygrysy lubią najbardziej – nokauty z wysokiej półki. Ci, którzy dzisiaj uwiarygadniają markę federacji, są albo niedługo będą gotowi, by rodzime gniazdo opuścić. Naturalna kolej rzeczy. Procesem odwrotnym, choć równie naturalnym, jest zjawisko starzenia. Taki ząb czasu zdaje się dotykać Marcina Tyburę. Na innym biegunie znajduje się Szymon Kołecki. W tym wypadku błędnym jest wnioskowanie na podstawie metryki.

FEN 62 – jazda bez trzymanki (Kruk, Hir, Bartnik)

Nie szczędziłem pozytywnych słów w stronę Miłosza Kruka po jego styczniowym boju (Na bitewnym szlaku #22: Stary, ale jary Gaethje (UFC 324) ; imponujący Kruk (FEN 61) – Bezkres Sportu). Sobotnie starcie z Akhmedovem to kolejny dowód jakości, ucieleśnienie szybko postępującego rozwoju. Kazach ruszył ogniem, by jak najszybciej zaprzęgnąć element zapaśniczy i sprowadzić walkę na ziemię. Już sam ten fakt był sporą platformą do uwydatnienia klatkowej dojrzałości Polaka. Ilekroć Akhmedov obalał, Kruk umiejętnie spychał jego głowę, wstawał, nie ulegał nacierającemu rywalowi. Ten rywal źle gospodarował swoimi siłami, toteż okres ekspansji szybko się zakończył. Wtedy Kruk wziął sprawy w swoje pięsci, rozpuszczał ręce, mieszał płaszczyzny uderzeń, w konsekwencji odebrał Kazachowi wszelkie chęci. Na podstawie dotychczasowej próbki, jestem przekonany o świetlanej przyszłości Polaka. Nie odważę się przewidzieć końcowej destynacji jego kariery, ale nie mam wątpliwości, że Kruk będzie latał wysoko.

Michał Hir odniósł najcenniejsze zwycięstwo w dotychczasowej karierze i zrobił to w znamienny dla siebie sposób. Dla Hira warto odpalać transmisję. Mówimy o jednoosobowej firmie rozrywkowej. Co prawda nie grzeszy warunkami fizycznymi, a defensywa nie należy do zestawu największych atutów. Niemniej potężne atuty Hira jak dotychczas całkowicie tuszują wszelkie zaniechania. Przepisem na zwycięstwo szybkie pięści, kowadło w łapie i twarda szczęka. Lewy sierp ze wstecznego, a Krystian Szczęsny padł jak rażony piorunem. Liczyłem, że zawodnik Top Team Częstochowa zachowa więcej zimnej głowy, lepiej skontroluje dystans. Coś takiego miało miejsce wyłącznie przez pierwsze 2-3 minuty.

Wawrzyniec Bartnik powrócił po kontuzji i nie zawiódł oczekiwań. Częstochowianin dobitnie użył swojej największej broni (praca pięściarska), zaś Błachuta nawet nie zdążył poszukać szansy. Co tu więcej mówić. To był, piękny, ścinający z nóg prawy prosty. Mówiąc o Wawrzyńcu, nie mówimy o młodzieniaszku. Bartnik to fighter, który dojrzał stosunkowo późno, wyprowadził karierę z trudnego zakrętu, a teraz przeżywa swój prime time. Myślę, że czas wykorzystać to momentum i zweryfikować umiejętności na szerszych wodach, niż te gwarantowane przez FEN.

To już chyba zachód pięknej kariery Tybury

Przy okazji porażki z rąk Ante Deliji, wspominałem, że rola gatekeepera wydaje się być idealną funkcją dla Marcina Tybury na czas ostatniej prostej jego sportowej drogi (Na bitewnym szlaku #15: W Paryżu brykał tylko Bryczek. Nieudane święto polskiego MMA – Bezkres Sportu). Po przegranej z Fortune’em zastanawiam się, czy nawet taka rola nie jest na dziś dzień zbyt wymagająca. „Tybur” wciąż przypomina samego siebie, wciąż odzwierciedla tworzącą go fighterską tożsamość. Problem w tym, że obraz Polaka blednie, traci kolory.

Mam wrażenie, że na pewnym etapie ewentualny regres może uwydatnić się z dnia na dzień, w tym wypadku z walki na walkę. Porażkę z Deliją traktowałem jako alarm, zaś w niedzielę dostałem jego eskalację. Choć starcie z Fortune’em stoczone na pełnym dystansie i znacznie bardziej wyrównane, to potwierdzające pewne tendencje, prowokujące podobne pytania. Czy w ikonie polskiego mma (taką jest Tybura) jeszcze pali się ogień ? Czy to wciąż gorejąca pasja, a może wypełnianie obowiązków zawodowych ?

Jak chodzi o merytorykę tego pojedynku, Fortune był silniejszy fizycznie, ale i dysponował większą szybkością. Polak szukał odpowiedzi, próbował być siłą przeciwstawną w walce na chwyty. Co się tyczy płaszczyzny strikerskiej, brakowało dynamiki. Raz na jakiś czas „Tybur” sięgał rywala prostym, tudzież kopnięciem, które jednak nie pozostawiały na przeciwniku żadnych trwałych śladów. Fortune w żadnym momencie (oprócz eksplozywnego początku) nie sprawił, że wstrzymaliśmy oddech, a co dopiero zbieraliśmy szczęki z podłogi. Na Polaka w zupełności to jednak wystarczyło.

Podwójnie złoty Kołecki

Jak już kiedyś wspominałem, Szymon Kołecki to uosobienie wartości, idei, które niesie ze sobą sport. Jestem pod ogromnym wrażeniem nie tyle walorów technicznych, ale aspektów wolicjonalnych, ambicji, nieustępliwości, które zawsze wnosi do klatki. Sobotnim występem Kołecki zamknął mi usta. Przyznam szczerze, spodziewałem się zwycięstwa Austina. Bo dysponuje lepszymi warunkami. Bo posiada dużo większe doświadczenie w starciach na wysokim szczeblu. Ponadto Szymon nie mierzył się rywalem o takiej jakości, miewał problemy kondycyjne, niekiedy dawała o sobie znać niezbyt szczelna defensywa. Początek pojedynku odzwierciedlał ten pesymistyczny z punktu widzenia Kołeckiego obraz. W drugiej odsłonie Polak zyskiwał więcej klatkowego głosu i w tym jednym, kluczowym momencie, zachował się jak profesor. Przetoczył Austina i z dynamiką fightera kategorii lekkiej wpiął się za plecy. Tak tworzy się legendę.

ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🫡

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry