Top-spiele #22: Hoffenheim jak w letargu ; bezzębny Eintracht ; zmiany na stołkach

W piątek, około 20:20 zasiadłem przed telewizorem w nadziei na doświadczenie zacnego widowiska w Lipsku. Nadzieja zgasła bardzo szybko. Spodziewałem się również korzystniejeszego obrotu spraw dla goszczącego w Moguncji Eintrachtu. Tu też się przeliczyłem. Kilka słów poświęcę stratom na bundesligowym okręcie. Za burtę wypadli Lukas Kwasniok oraz Sebastian Kehl.

Lipsk się wyżył

Do tanga trzeba dwojga, a w Lipsku tańczyli wyłącznie gospodarze. Ostatnimi czasy nie zostawiałem suchej nitki na drużynie Ole Wernera, ale za piątkowe spotkanie wypada przyklasnąć. Oni wreszcie wyglądali na miarę ogromnej sumy indywidualnej jakości tworzącej ten zespół, w szczególności formację ofensywną. Mówię wreszcie, bo Lipsk od końca ubiegłego roku przypominał ucznia, który osiadł na laurach po pierwszym udanym semestrze. W piątek oglądaliśmy hurtową produkcję bramek, które stanowiły punkt docelowy często koronkowych dograń. Na medal spisali się trzej królowie Lipska – Gruda, Baumgartner, Diomande. 90% treści tego spotkania skonsumowała pierwsza połowa. Ta druga zwyczajnie musiała się odbyć.

Z kapitalną dyspozycją Lipska, równolegle zlała się tragiczna zespołu Hoffenheim. Stąd ten dojmujący wynik. Było nieźle do straty pierwszej bramki, a więc względnie krótko. Potem Hoffe runęło jak domek z kart, czy kolejne klocki domina. Brakowało ładu, składu, idei, energii, jakigokolwiek impulsu. Dostaliśmy za to szerokopojetą piłkarską próżnię, nijak korelującą że znaną i dającą się lubić tożsamością zespołu. Nie będę sprowadzał dyskusji na szczebel poszczególnych ogniw, bo w kontekście Hoffenheim jest to pozbawione sensu. Źle wyglądał cały zespół. Nie wiem, czy piątkowe spotkanie było potwierdzeniem pewnej tendencji spadkowej ekipy Ilzera, choć wyniki jasno na to wskazują. Liczę, że Hoffenheim uda się dopłynąć do przyszłorocznej Ligi Mistrzów. Metamorfoza dokonana przez Austriaka zasługuje na nagrodę. Taką byłaby przepustka do Champions League.

Fisher ball

W komentarzu na INSTAGRAMIE napisałem, że Mainz ma twarz Ursa Fishera. Szwajcar trafił się Moguncji jak ślepej kurde ziarno, a i zespół nosi znamiona skrojonego pod filozofię futbolu Fishera. Wyłączając obdarzone większym pierwiastkiem technicznym wyjątki ( nieobecny Amiri, Nebel, Sano), drużynę tworzą głównie „żołnierze”, piłkarscy rzemieślnicy. To współgra z preferowanym przez trenera boiskowym kolektywizmem nastawionym na defensywę, pojedyncze momenty, konkrety, szybkie wyjścia, stałe fragmenty.

W niedzielę Moguncja korelowała z wlasną tożsamoscią, odpowiednio ją pożytkując. Nebel wykorzystał piłkę, którą na wolne pole posłał Becker. Pod koniec meczu w akcję ofensywną świetnie włączył się Sano ( ten facet prawdopodobnie zrobi sporą karierę ), a Nebel znów znalazł się w odpowiednim miejscu. Eintracht posiadał piłkę, prowadził grę, ale co z tego. Zbyt często można było je określić mianem jałowego. Poza akcją bramkową na próżno szukać wyrazistości. Syntezą tego obrazu człowiek widmo – Jonathan Burkardt. Choć trener Riera usprawnił formacje defensywną ( poprzeczka nie była zawieszona zbyt wysoko ), to na sile rażenia straciła ofensywa. A przecież właśnie atak na uchodzić za główną broń Frankfurtu. Małżeństwo Riery i Eintrachtu ewidentnie potrzebuje czasu na dotarcie. Mariaż Fishera z Moguncją na się całkiem dobrze.

Sypnęło zwolnieniami / odejściami

Najpierw na warsztat weźmy postać Lukasa Kwasnioka. Tym rozwodem pachniało już od dłuższego czasu. Kolonia pod jego rządami była momentami ( szczególnie na początku) drużyną ekscytującą, ale na dłuższą metę nieprzewidywalną, chaotyczną, rozchwianą. Nawiedziła mnie taka refleksja. Być może zabrakło kotwicy, gdy boisko zaczęło odzwierciedlać rzeczywisty potencjał. Tą kotwicą mogłaby być organizacja, nadana przez trenera myśl przewodnia, których chyba zabrakło. Nie można powiedzieć, że trener Kwasniok nie miał szansy na rehabilitację. Na pytanie, czy zwolnienie było dobrą decyzją, odpowie czas.

Jak grom z jasnego nieba spadła informacja o końcu przygody Sebastiana Kehla w Borussi Dortmund. Jako zwolennik czarno-żółtych nie jestem fanem działalności byłego już dyrektora, szczególnie w ostatnim czasie. Choć pożegnanie ikony BVB postrzegam jako dobrą decyzję, nie uważam jej za równoznaczną z pewnym początkiem lepszej przyszłości. Powód leży w minimalistycznej agendzie, zgodnie z którą prowadzony jest klub. Być może nowy dyrektor sportowy zwiększy skuteczność pożytecznych ruchów transferowych. Być może weryfikacja sprowadzonych przez niego zawodników przebiegnie pomyślniej, niż w przypadku Couto, Bellinghama, Hallera, Modeste’a, Sule, Sabitzera, trenera Sahina, itp… Sportowa sytuacja Borussi nie ulegnie jednak znacznej poprawie, dopóki klub będzie zdefiniowany jako przystanek dla „diamentów”, ewentualnie przystań dla „zgranych kart”.

ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🫡

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry