
Stwierdzenie, że Charles Oliveira jest jak wino ( im starszy, tym lepszy ), być może stanowiłoby małe nadużycie. Za cechę wspólną Brazylijczyka oraz wspomnianego trunku uznam długowieczność. Tak dosadne zwycięstwa, jak to z Maxem Hollowayem, mają swój wydźwięk. One pielęgnują i dopełniają ogromną spuściznę „do Bronxa”.
Miazga okraszona specyficzną punktacją
Walka wieczoru UFC 326 to teatr jednego aktora, obfity w podobne do siebie sceny. Charles Oliveira całkowicie zneutralizował Maxa Hollowaya. Brazylijczyk bardzo szybko i bardzo łatwo przekuwał plany na rzeczywistość. Skracał dystans, obalał i mielił. Skupiał się raczej na kontroli, często wpinał się za plecy rywala. Największym osiągnięciem Amerykanina zdaje się być fakt, że nie został poddany. Powiedzmy sobie szczerze, Holloway zawiódł. Cofał się w linii, nie wykorzystywał atutów motorycznych, w konsekwencji pracy w dystansie niemalże nie było. Oliveira z łatwością skracał odległość, bez problemów obalał, a na ziemi Holloway wyłącznie się bronił.
Nie pierwszy już raz praca sędziów punktowych pozostaje dla mnie trochę niezrozumiała. Mam na myśli zatwardziałe, nieelastyczne podejście do punktacji. Ta nie wskazuje ani jednej rundy zakończonej stosunkiem 10-8 dla Brazylijczyka. W związku z tym zadaję sobie nieuniknione pytanie. Co „do Bronx” musiałby zrobić, by taki stosunek uzyskać ? Jasne, brakowało namacalnej szkody wyrządzanej rywalowi. Niemniej jednak ciężko znaleźć skalę oddającą dominację osiągniętą przez Oliveirę. To chyba wystarczający argument. Jak widać, nie dla wszystkich.
Charles Oliveira i jego wnioski
Można się zrzymać na wątpliwą efektowność głównego starcia UFC 326. Rozumiem te głosy, choć ja reprezentuję obóz doceniający klatkową inteligencję oraz dojrzałość Oliveiry. Te cechy są poniekąd wynikiem ewolucji, ciągłej chęci rozwoju, potrzeby zdefiniowania na nowo siebie jako zawodnika. „Do Bronx” nie ulegał bitewnym ciągotom, a postawił na spokój, kontrolę wynikającą z ekspozycji atutów ( sfera zapaśniczo-parterowa ). Jak domniemam, impulsem do zmian były starcia zakończone niepowodzeniem. Tam Oliveira niejednokrotnie płacił za brak pomyślunku. Zdawało się, że serce, impuls, chwila, brały górę nad racjonalizmem ( walka z Makhachevem, Topurią ). Czy przy innym podejściu wymienione walki zakończyłyby się odwrotnym rezultatem ? Prawdopodobnie nie. Dochodzimy teraz do kluczowej kwestii. Okazuje się, że gwiazda Charlesa Oliveiry nigdy nie chyliła się ku upadkowi. Jak widzimy, Brazylijczyk pięknie się starzeje. On najzwyczajniej spotkał na swojej drodze kozaków większych od siebie ( Topuria, Makhachev ). W niedzielę, dzięki minimalizacji wspomnianych wcześniej deficytów, mógł pokonać innego, nieco mniejszego kozaka. Tym samym dowiódł, że jego sportowa jakość nie pikuje w dół.
Borralho punktuje de Riddera
Jak chodzi o przebieg starcia, ten nie rodził wielce zaskakujących scenariuszy. Brazylijczyk był szybszy, korzystał ze spotkaniowych prostych, czuł dystans, często używał niskich kopnięć. Defensywa zapaśnicza, czyli element fundamentalny, również spisywała się bez zarzutów ( raz nawet Borralho pokusił się o sytuacyjne sprowadzenie z klinczu ). Z drugiej strony, spodziewałem się większej częstotliwości podejmowania prób zapaśniczych przez Holendra. Tymczasem de Ridder darzył rywala sporym respektem. Oddać mu trzeba, że niegramotna stójka niekiedy przynosiła efekty, które jednak okazały się niewystarczające. Niderlandczyk często unosił nogę, jakby szykował się do swoich charakterystycznych kolan. Na te jednak brakowało warunków.
W związku z ostatnimi porażkami obu panów, starcie to mogło uchodzić za wskaźnik miejsca, w którym aktualnie się znajdują. Sądzę, że dostaliśmy wymierną odpowiedź potwierdzający wcześniejsze przypuszczenia / stan wiedzy. Caio Borralho jest zawodnikiem przekrojowym, którego narzędzia pozwalają na bojowanie ze ścisłą czołówką kategorii. Jak chodzi o de Riddera, deficyty stójkowe stanowią przeszkodę, która odsiewa go od tych najlepszych.
Zapraszam na INSTAGRAMA 🫡



