
Nie, dziś nie będę pisał, że w tabeli panuje ogromny ścisk i wszystko w tej grze pozostaje sprawą otwartą. Jest już prawie jasno, coraz jaśniej. Bayern przypieczętował swój kolejny tytuł. W zasadzie nie zrobił tego sam Bayern, a jego życzliwi przyjaciele z Leverkusen. BVB goni, a przed nią jeszcze dwa etapy tego wyścigu. Rzucę okiem również na inne gorące Bundesligi sprawy.
Byki pokazały rogi
O Lipsku trochę już było w trakcie trwania sezonu. Myślę, że oni najchętniej by już ten sezon zakończyli. Jest jednak jedno „ale”. To „ale” stanowi misja do wykonania. Owym zadaniem jest zdobycie czwartej pozycji. Czarno widzę przyszłość w tej kwestii, ale kim ja jestem, by odbierać „Bykom” szanse. Trzeba im przyznać, że w sobotę pokazali jaja – bycze jaja, przynajmniej w pierwszej połowie. Zorganizowani w defensywie, skuteczni w ataku, grający szybki futbol, wykorzystujący magiczny momentami piłkarski sznyt Simonsa, czy Seski. Jak się „Byki” schowały do zagrody, tak już potem z niej nie wyszły. Bayern brutalnie odliczył do trzech i wydawało się, że jest już pozamiatane. Na boisku pojawiła się jednak klubowa legenda w osobie Poulsena, dzięki której RB Lipsk wydarł chociaż remis.
Bayern wraca na szczyt i sięga po 34 tytuł mistrza Niemiec. Myślę, że odzyskanie prymatu na krajowym podwórku było fundamentalnym celem postawionym przed Vincentem Kompanym. Z tej roli Belg wywiązał się wręcz wzorowo, w cuglach zdobywając paterę. Ten fakt stanowi również podstawę, by pracę byłego świetnego obrońcy oceniać raczej pozytywnie. Kompany zaprowadził w Monachium względny spokój, poukładał klocki, postarał się gdzieniegdzie o walory artystyczne, wprowadził Michaela Olise, zaufał Leonowi Goretzce, przedefiniował Harrego Kane’a. Kamieniem w bucie Bayernu Puchar Niemiec oraz Liga Mistrzów. W przypadku Champions League odpowiedzialnością w sporej mierze można obarczyć kontuzje. Mimo to, w Monachium powinien panować raczej miły nastrój.
BVB biegnie po Ligę Mistrzów
Parę gorzkich słów skierowałem w stronę Wolfsburga w ostatnim artykule (Top-spiele #7: Der Klassiker – BVB wraca z tarczą – Bezkres sportu). Dziś nie mam na to zbytniej ochoty. „Wilki” są leniwe, ospałe, pozbawione jakiejkolwiek idei, pomysłu. Drużyna w rozkładzie jednym słowem, a szkoda, bo mogłoby być zupełnie inaczej.
Cały zbiór cierpkich słów kierowałem ostatnimi miesiącami w stronę BVB. Teraz nie będę, teraz nie wypada, teraz jest zupełnie inaczej, na szczęście. Widać myśl trenera Kovaca, co ciekawe – nie ultra defensywną, a reaktywną, żywą, bazującą na intensywności. Cechy wolicjonalne już nie szorują po dnie, a widać, że grupa ludzi zjednoczona jest w jednym celu. Niezłe symptomy zauważałem już w poprzednich publikacjach. Teraz one tylko zyskują na znaczeniu, znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. Pytanie, czy Dortmund nie będzie musiał obejść się smakiem, czy to powstanie z niebytu nie nastąpiło za późno. W sobotę Wolfsburg został rozjechany. Cieszy, że drugie życie w Dortmundzie zyskał Pascal Gross. Asysta przy drugiej bramce – ciasteczko. Egzekucji regularnie dokonuje Serhou Guirassy. Kapitalny performance przedstawił Karim Adeyemi. Szkoda, że Niemcowi brakuje tego, co niezwykle cenne – regularności. Z drugiej strony dobrze, że są chociaż momenty. Przed czarno-żółtymi dwa ostatnie finały. Lekko nie będzie, bo być nie może.
Cóż więcej w tych Niemczech ?
Eintracht złapał się mocno trzeciego miejsca i wątpliwe, że to podium opuści. Mainz zmęczone, delikatnie wypalone, pod okryciem oczekiwań magia się ulotniła. Wielka szkoda, bowiem spółka Bo Henriksena miała szansę napisać piękną historię. Freiburg Juliana Schustera punktuje i znajduje się na „pol position” w walce o Champions League. Z drugiej strony na jego drodze broniąca się przed spadkiem Kilonia oraz groźny Frankfurt. Chwaliłem niegdyś pracę trenera Heckinga w Bochum. Przewrotność i zmienność to często immanentny element nie tylko futbolu, ale całego sportu. Ekipa z Vonovia Ruhrstadion powoli pakuje walizki i zmyka szczebel niżej.


