
Ruszyła maszyna, jeśli chodzi o Speedway Grand Prix. Nie zamierzam narzekać, że pewne rzeczy w tej maszynie pozostały niezmienne. Wyrównane boje obserwowaliśmy w PGE Ekstralidze, a wśród nich ikoniczne derby. Szczebel niżej raczej tak jak zakładano – bez historycznych chwil i przełomów. Jedziemy z kolejnym „Żużlowaniem”.
Przekorny F16 z Kinic
Daleki jestem od tezy, że przesunięcie Bartosza Zmarzlika na koniec stawki w trakcie wybierania numerów startowych było personalnym ruchem wymierzonym w jego osobę. Z drugiej jednak strony nie była to kara proporcjonalna do wyrządzonej szkody, która była znikoma. Nie od dziś wiemy, że włodarzom FIM-u nie do końca jest po drodze z hegemonią Zmarzlika. Tak, czy siak, reakcja mistrza była zjawiskowa. Jak sam wspominał po zawodach – to tylko podrażniło jego ambicje oraz wzmogło i tak już nieziemski apetyt na triumf.
Generalnie rzecz biorąc, to były nudne zawody – skrajnie inne od tych zeszłorocznych. To był turniej wpisujący się w stereotyp dotyczący toru w Landshut. Start, pierwszy łuk i pozamiatane. Gro z nielicznych wrażeń estetycznych dostarczał sam Bartosz Zmarzlik. Poza nim na pochlebne słowa zasługuje Andrzej Lebiediew. Bohater wielu memów, często wymieniany wśród tych, którzy nie zasługują na stałe miejsce w cyklu. Tymczasem Łotewski ambasador żużla pokazuje niedowiarkom środkowego palca i zajmuje trzecie miejsce na inaugurację. Po wszystkim wzruszony wkracza na podium, we łzach w oczach udziela polskiemu Eurosportowi emocjonalnego wywiadu. Piękna historia Panie Andrzeju ! No i Brady Kurtz urządzający się w światowej czołówce. Całkiem niezłe to czwarte miejsce, jak na debiut.
PGE Ekstraliga na styku
W Gorzowie górą gospodarze, jednakże wynik przybierał różne formy w czasie trwania spotkania. To właśnie ze względu na rezultat spotkanie trzymało w napięciu, bowiem na torze działo się niewiele, co zapewne było pokłosiem opadów. Trochę czasu musiało upłynąć, zanim nawierzchnia się kolokwialnie mówiąc przemieszała. W Gorzowie euforia, choć spoglądając szerzej – zaliczka nikła. Biorąc jednak pod uwagę powrót z dalekiej podróży oraz konstrukcję zespołu, która nie daje pola do zanadto pokaźnych triumfów, wynik ten można uznać za sukces. Słowa pochwały dla odkupiającego winy Oskara Fajfera oraz wkraczającego na swój poziom Martina Vaculika. Stelmet Falubaz znalazł jakieś światełko w tunelu. Niezły silnik znalazł za to Leon Madsen. Takiego Duńczyka „Myszy” potrzebują zawsze. Na dobrych torach znajduje się Przemysław Pawlicki, zaś nieznacznie wykoleił się Jarosław Hampel. Zielona Góra może się „łagodnie uśmiechnąć”, jak śpiewała Sanah.
W Grudziądzu nie lada zaskoczenie, przynajmniej dla mnie. Bayersystem GKM dziurawy, zupełnie jak nie on. Co z tego, że Kuba Miśkowiak jedzie mecz życia, skoro totalnie zawodzi cała reszta (oprócz Michaela Jepsena Jensena). Wpływ na taki, a nie inny stan rzeczy mogła mieć wyłożona plandeka, stan nawierzchni odbiegający od regularnego. Słaby był to mecz „Gołębi”, choć biorąc pod uwagę liczbę ubytków, rezultat i tak wygląda nieźle. Wrocławianie nie oszałamiający, ale równi i skuteczni, a co najważniejsze – zwycięzcy. Brawa dla Marcela Kowolika. Facet ma papiery na jazdę, będą z niego ludzie.
Włókniarz znów się stawia. Punktów z tego nie ma, ale wrażeń artystycznych całkiem sporo. To „dzida w kredę” Jasona Kevina Doyle’a, to „latający” Piotr Pawlicki, to pojedynek Hansena z Emilem Sajfutdinowem. Mam wrażenie, że Krono-Plast Włókniarz wyciągnął z tego spotkania bez mała maksimum, za co rzecz jasna słowa pochwały. W Toruniu kolejny słabszy mecz zanotował wspomniany wyżej Emil. Mimo tego faktu, „Anioły” zrealizowały swój ustawowy obowiązek. Nam zaś wypada dojść do wniosku, że potencjał drzemię tam ogromny. Jego próbkę widzieliśmy w Rybniku, choć między Bogiem, a prawdą, słaba to weryfikacja.
O spotkaniu Orlen Oil Motoru Lublin z INNPRO ROW-em Rybnik prawił za wiele nie będę. „Rekiny” przyjechały, powalczyły, odjechały, zaliczyły, tylko tyle i aż tyle. „Koziołki” zrobiły to, co zrobić musiały – w imponującym stylu trzeba przyznać.
Szczebel niżej
W Rzeszowie duże brzemię odpowiedzialności wziął na siebie sędzia. I chyba je uniósł, trzeba przyznać. Można by było teraz wszcząć dyskusję. Czy takie wątpliwej jakości widowiska będące konsekwencją niesprzyjającej pogody należy na siłę przeprowadzać ? Z drugiej strony tego typu obiektywne przeszkody są wpisane w sport żużlowy i należy być na nie przygotowanym. Tak, czy siak w Rzeszowie nawierzchnia była gotowa na „picie wody”, a mecz przeprowadzono. Na trudnych warunkach zupełnie nieźle wyglądał Paweł Sitek. Oczywiście pojawiły się błędy, które pozwolę sobie zrzucić na karb młodości i braku doświadczenia. Nie widziałem w nim jednak jakiejś bariery mentalnej spowodowanej stanem nawierzchni – był odważny oraz skuteczny. Zupełnie inaczej mieli się młodzieżowcy gospodarzy. Wielki plus chciałbym natomiast zapisać po stronie Marcina Nowaka, który nie tylko jest solidny, ale staje się liderem z prawdziwego zdarzenia.
W Lodzi nic, czego nie możnaby było przewidzieć. Obudził się Vaclav Milik. Broni się również decyzja o zakontraktowaniu Mikkela Andersena. Trójkę wreszcie zaliczył Oliwier Buszkiewicz. Mam nadzieję, że będzie rósł z meczu na mecz. Szkoda by było zaprzepaścić kapitał widoczny choćby u progu poprzedniego sezonu (przed kontuzją). Wózek o nazwie Autona Unia Tarnów ciągnie Timo Lahti. Jeśli ktoś nie postanowi pomóc naturalizowanemu Szwedowi, wózek ten wpadnie w otchłań Krajowej Ligi Żużlowej.
A jak już przy tym KLŻ-cie jesteśmy, to warto wspomnieć, że jest tam całkiem ciekawie. Spotkania niezwykle wyrównane. Odstaje jedynie Speedway Kraków, choć i oni mają powody do radości. Zwyciężyli u siebie Lokomotiv Daugavpils i tego im nikt nie odbierze. Na czele póki co Wybrzeże oraz gnieźnieński Start.


