
Zastanawiam się czy nazwa „Der Klassiker” jeszcze kogoś grzeje. Dochodzę do wniosku, że mimo wszystko tak, choć na pewno nie w takim stopniu, w jakim mogłaby. BVB znajduje się w ciężkim momencie swojej historii, drży o byt w europejskich pucharach, toteż i prestiż tego szlagieru automatycznie spada. Jak by jednak nie było, Bayern i BVB to dwie największe marki w Niemczech, a „Der klassiker” to element stale wpisany w kulturę tamtejszej piłki. Chwilowy marazm jednej ze składowych tego święta nie zmieni stałego stanu rzeczy, przy czym ważne, by ten kryzys faktycznie był chwilowy. O tym święcie właśnie tu, właśnie teraz.
Nie zawiedli oczekiwań
Pierwszej połowy tego hitu mogłoby nie być. Szczególnie jeśli rozpatrujemy grę Dortmundu. Tej gry jak na lekarstwo. Żółto-czarni bronili się, byli pozbawieni chęci do wykazania jakiejkolwiek inicjatywy. Ciężko o komentarz, który odnosiłby się do stylu, w jaki BVB przebrnęło przez pierwszą część. Można rzec, że obrona wykazywała się sporą czujnością i brakiem większych uchybień, ale to wszystko. Po stronie Bawarczyków lepiej, aczkolwiek nie do przesady. Sytuacje marnowali Olise, czy Kane. Mało było jednak swoistego zrywania tempa, gdyż wszystko przybierało jednostajny kształt.
Druga połowa zrekompensowała mi wszystko. Prawdziwy film o wartkiej akcji, na którym nie warto zasypiać. Widziałem pomysł Kovaca podobny do zastanego przeze mnie w starciu z Freiburgiem. Mecz z Barceloną pomińmy, gdyż tam stwierdzono zgon i katastrofę. Ten pomysł zakłada szybki, reaktywny futbol, bazujący na dynamicznym transporcie piłki. W takim rozwiązaniu świetnie czuję się Maximilian Beier, co zresztą udowodnił, zdobywając bramkę na 1:0. Potem wyższy bieg wrzucili w Monachium, czego konsekwencją były „dwa bolesne ciosy”. Jeden po pięknej, koronkowej akcji, a drugi po indywidualnym błysku Gnabry’ego, bądź co bądź mającego słaby sezon. BVB broni jednak nie złożyło, bowiem byli w stanie doprowadzić do remisu, a nawet Pascal Gross mógł zapewnić zwycięstwo.
Borussia Dortmund nie przegrała trzeciego „Klassikera” z rzędu, co trzeba uznać za sukces. Aby uratować ten tonący od miesięcy okręt (czytaj awansować do europejskich pucharów), wypadałoby pozostać już nieomylnym. Bayern czeka trudny bój w Mediolanie, zaś w lidze pozostają względnie bezpieczni ze względu na małą indolencję graczy z Leverkusen.
Ciężki przypadek Wolfsburga
Na pewnym etapie sezonu miałem jeszcze nadzieję, że projekt pod tytułem Wolfsburg Ralfa Hasenhuttla może wypalić. No i … w bombki strzelił. Na początku był problem z defensywą i jej wątpliwej jakości twórczością. Potem wydawało się, że coś drgnęło. Przyszła drobna seria zwycięstw, „Wilki” potrafiły rozbić na wyjeździe „Czerwone byki” z Lipska. Na koniec dnia sytuacja wróciła do normy. W sobotę odnotowano czwartą porażkę z rzędu – co ciekawe z Lipskiem. Tam drużyna Kamila Grabary nie uczyła się na własnych błędach. Straciła dwie bliźniaczo podobne bramki (Opendy i Simonsa), a wszystkie zdobycze to strzały zza pola karnego. Podobnie jak w przypadku Hoffenheim, tu również miejsce w tabeli zupełnie nie odzwierciedla teoretycznej wartości kadry. Gdyby nie Mohamed Amoura, czy Grabara, „Wilki” pewnie mogłyby szorować po dnie zestawienia, tak jak to robią popularne „Wieśniaki”. Cieszy, że do łask wraca Jakub Kamiński. To tak na marginesie w polskim kontekście.
Co ponadto ?
Moguncja złapała zadyszkę. Choć można to było przewidzieć, liczyłem, że będą w stanie utrzymać kapitalną dyspozycję. Pewnym narzędziami nie da się jednak przebić sufitu. Tak, czy siak słowa uznania się należą. Liga Mistrzów wciąż jeszcze nie odjechała przesadnie, choć znacząco się oddaliła. Na bolączki FSV Mainz mam jednak świetną receptę – zalecam wrócić na zwycięską ścieżkę.
Zmęczony jest Bayer Leverkusen. To widać i czuć. Nie wykorzystują prezentów danych im przez Monachijczyków. Względnie pewnie na trzecim miejscu może czuć się Eintracht. Podkreślam jednak słowo „względnie”, bowiem runda wiosenna we Frankfurcie to wyboista przejażdżka terenowa. Nie byłbym sobą, jakbym nie wspomniał o fakcie, że miejsca 4-10 dzieli sześć punktów. Kiedy już to zrobiłem, mogę swobodnie zakończyć artykuł., co właśnie czynię.


