
Hulanka, swawola, impreza, bal, wykwintna gala, karuzela, rollercoaster, jazda po bandzie,… Zastanawiam się, jak mógłbym nazwać zjawisko, którego bieg mogliśmy obserwować najpierw w Barcelonie, a wczoraj na San Siro. W finale Ligi Mistrzów zameldowali się również Paryżanie. I to nie jest tak, że boje Arsenalu z PSG były mdłe, nudne, ciężkostrawne. Przy „mediolańskiej burzy” wszystko staje się jakieś takie niedowartościowane.
Grande Inter, Grande Barca
I co ja mam państwu powiedzieć. Umówmy się, a wykonalna oraz bezsensowna jest merytoryczna analiza tego, co wydarzyło się za sprawą tej dwójki. Do wydarzeń sprzed tygodnia nie ma co już wracać, bowiem wczorajszym spotkaniem można obdzielić całą kolejkę wybranej ligi. Zacznijmy od początku. Inter Mediolan zagrał kapitalną pierwszą połowę. Wspomniane przeze mnie przy okazji innego artykułu sprzed tygodnia guziki koszuli były zapięte na tip-top. Stuprocentowa konsumpcja tego, co udało się wygenerować. Potem śpiewała głównie Barcelona. Eric Garcia po raz pierwszy, Dani Olmo po raz drugi, a to wszystko przy akompaniamencie Gerarda Martina. W międzyczasie na linii latał genialny wczoraj Sommer. Trzecią bramkę dołożył mało efektywny wcześniej Raphinha (wielkich piłkarzy cechuje między innymi to, że potrafią dać coś ekstra w najmniej spodziewanym momencie ) i wydawało się, że jest pozamiatane. Nic bardziej mylnego, bowiem „dziadek Acerbi” jak sarenka pognał do kontrataku i wyrównał stan meczu. W dogrywce stadion w powietrze wysadził Frattesi, a sytuacja znowu wywinęła fikołka. Taki to był piękny mecz.
Nie zamierzam krytykować absolutnie nikogo. Spotkały się drużyny o skrajnie innej tożsamości, ale obie na najwyższym europejskim poziomie i obie gotowe dawać wspaniałe widowiska. Półfinał Ligi Mistrzów w końcu zobowiązuje. Mimo wszystko trzeba przyznać, że Barca niejako wypuściła sukces z garści. Być może brak wyrachowania, doświadczenia, młodzieńcza fantazja. Tak, czy siak projektowi Hansiego Flicka nie da się nie kibicować, a już na pewno nie da się przejść obok niego obojętnie. Inter z kolei wprost idealnie zareagował na słowa ( w tym moje ) o mniejszym czy większym kryzysie. Wszystkie siły zostały rzucone na pokład, co przyniosło wymierne korzyści. Wypada powiedzieć: bravissimo !
PSG silne jak nigdy wcześniej
W Paryżu już nie ma egoizmu, dbania o indywidualne interesy gwiazd wykraczających poza „piłkarską bańkę”. Jest drużyna, kolektyw, są narzędzia i umiejętności, w końcu jest fantastyczny trener. Luis Enrique – może czasem uparty, przekorny, ale fachowiec oraz profesjonalista w każdym calu. Jego warsztat możemy podziwiać właśnie teraz, delektując się grą ekipy z Paryża. Dwumecz z Arsenalem uwydatnił jej kompleksową wartość. W pierwszym meczu delikatnie oddali inicjatywę, wiedząc, że rywal może mieć kłopoty z pozycyjnym atakiem. W drugim spotkaniu mądrze gospodarowali czasem, byli ekonomiczni, skoncentrowani, czujni. Dembele już kiedyś wychwalałem, nad środkiem pola mógłbym się rozpływać w nieskończoność. Jest jeszcze taki jeden gość, strażnik Teksasu, a w zasadzie Paryża – Gigi Donnarumma. To nie było tak, że Arsenal był pozbawiony jakichkolwiek szans i nadziei. Kiedy jednak „Kanonierzy” dochodzili do godnych sytuacji, na drodze stawał im wielki dosłownie oraz w przenośni Włoch. Londyńczycy zasługują na słowa uznania, niekoniecznie za ten dwumecz, ale za całą kampanię. Finalista może być jednak tylko jeden i jest nim PSG. „Merci, że jesteś tu” Paryżu.
Co to będzie za finał ! Mam pełne przekonanie, że do ostatniego etapu, do bram piłkarskiego raju dotarły drużyny, które na miano finalisty zasługują. Tu nie ma żadnego przypadku. Pragmatyzm z nutką szaleństwa vs Szaleństwo z nutką pragmatyzmu. Ogień vs woda. Zapowiadajmy sobie to spotkanie jak chcemy. 31 maja jedni zyskają w oczach fanów status nieśmiertelnych, kiedy drudzy będą musieli obejść się smakiem.


