
W sporcie często bywa tak, że my mówimy jedno, a rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Podobnie było teraz. Starcia Metalkas 2 Ekstraligi miały rozstrzygać się o przysłowiowy błysk szprychy, a okazały się raczej jednostronnymi widowiskami. Nie inaczej było na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. No może poza Wrocławiem, choć i tam goście zdawali się kontrolować przebieg rywalizacji, kontrolować na tyle, na ile pozwala nasz logicznie nielogiczny sport żużlowy.
PGE Ekstraliga
We Wrocławiu niby spotkanie na szczycie, niby między dwoma kandydatami do złota, ale na końcu i tak wygrywa Orlen Oil Motor Lublin. Oglądając to spotkanie, zachwycałem się pojedynkiem Kurtza ze Zmarzlikiem, zachwycałem się samym Australijczykiem, ale ani przez moment w mojej głowie nie pojawiła się wątpliwość, co do ostatecznego triumfu Lublinian. To bogactwo mieć zespół, w którym przy jednym nie funkcjonującym elemencie, zastępuje go drugi ; zespół, gdzie po jeden słabszy bieg nie stwarza reguły (patrz Holder, Kubera ). W Betard Sparcie zbyt dużo dziur. Nieprzekonujący od początku sezonu Janowski, czy Bewley oraz słabi wczoraj Kowalski i Łaguta.
Słowa uznania dla Mariusza Staszewskiego i jego ekipy. Nie spodziewałem się takiego przebiegu wydarzeń. Pierwsze promienie słońca wreszcie pojawiły się nad Krono-Plast Włókniarzem. Tor zauważalnie inny, niż ten na inaugurację ( trochę twardszy). Zmiany przyniosły spodziewane efekty, choć nie sprowadzałbym tego tylko do kwestii nawierzchni. Piotr Pawlicki wyeksponował pełnię swojego potencjału – szkoda, że robi to tak rzadko. Wiktor Lampart odjechał coś na kształt „meczu życia”, przynajmniej tego dotychczasowego w seniorskiej karierze. Wypada wspomnieć o miejscowych juniorach. „Młode lwy” już nie są nieco zachowawcze, bojaźliwe, naznaczone pragmatyzmem i brakiem wiary. Panie Staszewski, rób Pan swoje tak, jak robisz to dotychczas. Wśród Gezet Stali obraz nędzy i rozpaczy. Luki jeszcze bardziej uwydatnione, jeśli słabszy występ zalicza Oskar Paluch. Jeśli dołożymy do tego nierównych Lebiediewa, Vaculika, Thomsena oraz jeżdżącego na rowerze Fajfera, to wynik nie ma prawa wyglądać inaczej.
„Grudziądzkie gołąbki” – jesteście wspaniałe ! Drużyna Roberta Kościechy jest kolektywem, monolitem, bez słabych ogniw. Na ten czas to najpoważniejszy kandydat do bycia „tym czwartym”, choć apetyty mogą sięgać znacznie wyżej, szczególnie teraz. Serce się raduje, widząc chłopaków takich, jak Kevin Małkiewicz. Wzorowa atmosfera, stricte żużlowa jakość, zrozumienie, powtarzalność, trener żyjący zagadnieniami zespołu – taki właśnie jest Bayersystem GKM. Choć to nasycona słodkością laurka, ma ona dostateczne uzasadnienie w faktach. Stelmet Falubaz po drugiej stronie mocy. Cieszy latający po balotach, efektowny Damian Ratajczak. Cieszy dobry mecz Przemysława Pawlickiego. I to tyle, jak chodzi o powody do radości kibiców „mysz”. Potem nicość, marazm i stagnacja. Potem symbol w postaci Leona Madsena.
Metalkas 2 Ekstraliga
Cellfast Wilki są u siebie bardzo groźne, wręcz zabójczo groźne. Mimo kompletnie innego przygotowania owalu, osłabienia w postaci braku Berge, Krośnianie nie okazali litości „Skorpionom” z Poznania. Skład z obiektywnych przyczyn został spięty kryzysowo, bez nadmiernej możliwości manewru. Nadprogramową liczbę startów zapewnieni mieli juniorzy. Piotr Świercz swoją szansę wykorzystał koncertowo – był dojrzały, szybki, obierający raczej optymalne ścieżki, pomocny dla kolegów z zespołu (patrz bieg 7 i przysługa dla Kennetha Bjerre). Szymon Bańdur obudził się w najlepszym momencie. Cenne oczka dołożył Drejer. Pierwsze skrzypce grało „trzech muszkieterów”. Wśród nich Tobiasz Musielak w trybie „bestia”. Przyczepić nie można się również do taktycznego rozegrania meczu przez trenera Świderskiego. Nawet ten tor, będący przedmiotem linczu fanów, dywagacji, dyskusji, wczoraj stwarzał możliwość ścigania. Poznanianie mało wyraziści. Niby nikt nie zawalił spotkania, ale również i nikt nie zbliżył się do maksymalnych osiągów. Zdecydowanie nie wykorzystana szansa. Spotkanie z kategorii do zapomnienia.
Na ostatnie potknięcie w Krośnie świetnie zareagowała Fogo Unia Leszno. Teoretycznie miało być „na żyletki”, a skończyło się spokojnym , lekkim zwycięstwem „Byków”. Oczywiście na dzień dzisiejszy rezultat może stanowić wyłącznie punkt odniesienia. Przez ciąg trwania sezonu sytuacja może zrobić ekstrawaganckie salto, co podkreślam nie pierwszy raz. Niemniej jednak wypada pogadać o personaliach. Lata póki co Grzegorz Zengota. Janusz Kołodziej nieźle odpowiedział na toczącą się w jego kontekście nagonkę medialną. Dobrą robotę wykonali młodzi, szczególnie Kacper Mania. Wśród Abramczyk Polonii zatrzymam się przy postaci Krzysztofa Buczkowskiego. To naprawdę nie wyglądało dobrze, mimo iż było raczej incydentalne. Niekiedy „Buczek” siłował się z motocyklem, nie współgrał z nim, a w łuk wchodził na kilka razy. Biegi z jego udziałem kończyły się wyłącznie w stosunku 1:5 (w sumie 3:15). Nie przystoi, jak na rajdera tej klasy. Na szczęście to dopiero 3 kolejka.


