
Brady Kurtz wciąż trwa w sporządzanej przez siebie bajce, odgrywając w niej coraz większą rolę. Nie wiadomo, czego poszukiwały „Wilki” w Lesznie, ale z pewnością nie były to punkty. Mikkel Andersen postanowił już teraz dać „Żurawiom” świąteczny prezent, wręczając im swoją jazdą bilety do play-offów. W Rybniku starania gospodarzy spełzły na niczym, wszak końcówka Bayersystem GKM-u nie pozostawiła złudzeń.
Kurtz dopadł Zmarzlika
Brady Kurtz królował w Gorzowie, Malilli, teraz przyszedł czas na Rygę. Z punktu widzenia widowiska, nie były to nawet zawody przeciętne, a w dodatku przerwane przez spadający deszcz. Rywalizacja gigantycznego tego roku Australijczyka oraz kosmicznego generalnie Zmarzlika, sprawia jednak, że z utęsknieniem czekamy na kolejne losy ich wyścigu o tytuł.
Kurtz rozpoczął zaskakująco słabo, ale nie pierwszy raz zdążył już pokazać, że potrafi wyciągać wnioski, zaś ewentualne przeszkody natury mentalnej (presja, oczekiwania, narastające napięcie ) niekoniecznie dotyczą jego osoby. Oczywiście do samego końca będę trzymał kciuki za Polaka. Nie do końca rozumiem dochodzące zewnątrz głosy aprobaty dla zakończenia dominacji Zmarzlika. Ja na przykład uznaję to za wielką sprawę, móc doświadczać jego gigantomanii. Jestem pewien, że sam Zmarzlik, w momencie, kiedy Kurtz dorównał mu tempa, swoją motywacją mógłby obdzielić cały park maszyn. Teraz jednak należy oddać Australijczykowi należną mu chwałę, wszak jego bajka trwa.
W ostatnich „Przedbiegach” pisałem, że jeśli ktoś ma w „kotle” czołowej piątki zamieszać, to może być to Andrzej Lebiediew. Jak pokazały zawody, faktycznie tak się stało. Fredrik Lindgren drugi, czyli kolejne podium albo kolejny brak zwycięstwa. Cóż, takie to tegoroczne przeznaczenie „Fast Freddy’ego”.
Wilki bezradne ; profesorzy od remisów
Nikt od Cellfast Wilków nie oczekiwał w Lesznie triumfu. Rozmiary porażki są jednak upokarzające i lekko mówiąc – nie przystoją 3 drużynie fazy zasadniczej. Usposobienie taktyczne Piotra Świderskiego każe sądzić, że ten mecz po prostu musiał zostać odjechany. Koniec końców wśród leszczyńskich „Byków” bardzo dobre zawody pojechał każdy, natomiast Cellfast Wilki jakby na drugim biegunie. Tor zdawał się im przypominać labirynt, z którego wyjście znali wyłącznie rajderzy Fogo Unii. W ten schemat nie wpisywał się tylko przeżywający ponadprzeciętne miesiące (z małymi wpadkami) Mathias Pollestad, na którego w Lesznie najzwyczajniej miło się patrzyło. Po zwycięskiej stronie barykady rządzili Nazar Parnicki oraz Kacper Mania. Za kilka lat to oni będą wyznacznikami jakości światowego speedway’a, dlatego wspaniale, że możemy obserwować „rozkwit tychże kwiatów”.
„Jak nie urok, to…” można powiedzieć w kontekście tegorocznego obrazu Łodzian. Część z tych nieszczęść, a może i wszystkie, sprokurowane na własne życzenie. Jeśli nie problemy z torem, to komunikacyjne nieścisłości z Patrickiem Hansenem, a w trakcie samego spotkania z Hunters PSŻ-em roztrwoniona w biegach nominowanych przewaga. Drzemiący w Mikkelu Andersenie spory potencjał, sam on po raz kolejny uwydatnił w niedzielę. Niemalże kompletny, technicznie nieprzeciętny, ścigający w ostatniej gonitwie play-offy dla Rzeszowian. Poznaniacy odnotowali już piąty w tym sezonie remis. I być może właśnie tego stempla jakości na ich wyniku zabrakło. Dwa z tych pięciu remisów zamienić na zwycięstwa, a szansa na pierwszą czwórkę wciąż by się tliła.
Pokaz Abramczyk Polonii ; nieprzekonujący Ostrowianie
Z dwóch zakładanych przeze mnie scenariuszy, w Rzeszowie wydarzył się ten, na podstawie którego „Gryfy naprężyły na nowo muskuły”, pokazując, że oni „tanio skóry sprzedawać nie zamierzają”. Skuteczny i zbilansowany cały zespół, kolejny świetny mecz Toma Brennan’a, a bez wkładu nie pozostał również wylosowany zestaw startowy. Mówię o tym, gdyż przy Hetmańskiej odnotować mogliśmy prawdziwy dyktat czwartego pola. Texom Stal, pewna już wówczas play-offów, naprawdę marnie wyglądała tego dnia. Honoru bronił błyskotliwy i szybki Paweł Przedpełski, który jednak na wsparcie kolegów specjalnie liczyć nie mógł.
Nie powiem, że weekend Moonfin Malesy Ostrów był słodko-gorzki, gdyż byłoby to lekkim nadużyciem. Określiłbym go mianem gorzkiego z domieszką słodyczy. Nie może być inaczej, jeśli przegrywasz z Rzeszowem 51-39, mimo iż po pierwszej serii prowadziłeś 16-8. Nie może być inaczej, jeśli dzielnie stawia się tobie „tańcząca na linie” Autona Unia Tarnów. „Jaskółki” niepewne przyszłości, ale wyposażone sobotniego południa w prawdziwą armatę pod postacią Mateusza Szczepaniaka. Wracając jednak do gospodarzy, ci nie tak dawno ledwo spinali drużynę w spójną całość. Teraz do szeregów Ostrowian powrócili Jakobsen oraz Berntzon, toteż optymizm powinien do wielkopolski zawitać. Tymczasem jakoś tak zmiennie, zarówno w kontekście przygotowania nawierzchni, jak i dyspozycji poszczególnych ogniw. Cieszy Paweł Sitek, skokowo wzrastający na naszych oczach, oby w tym wzroście się nie zatrzymujący.
GKM wypunktował ROW ; Pres zrealizował obowiązek
Długo się niesforny INNPRO ROW przy Gliwickiej stawiał, by ostatecznie skończyć, jak zazwyczaj. Kulminacyjny moment ? Bieg 13 – po wykluczeniu Tungate’a „Rekiny” się posypały. Ten „dom” niemalże w pojedynkę próbował dźwigać Maksym Drabik, ale w taki sposób ciężko o końcowy sukces. Więcej spodziewałem się po wracającym Nickim Pedersenie. Niewiele więcej, jednak mimo wszystko więcej. Zaskoczył mnie od lat niewidziany błysk Kacpra Pludry, dla którego równia pochyła ma być może jeszcze punkt zwrotny. Bayersystem GKM z jedną „dziurką” o nazwisku Tarasienko, którego deficyty załatał imponujący w niedzielę Jakub Miśkowiak. Poza tym równo, solidnie, kolektywnie i zwycięsko.
Wokół spotkania w Częstochowie roztaczała się aura sparingowa. Po decyzji o wycofaniu się ze startu Piotra Pawlickiego, zakusy na wyrównane starcie poszły „między bajki”. Pres Toruń wykonał ustawowy obowiązek, zaś Krono-Plast Włókniarz był kompatybilny z prezentowanym przez siebie ostatnimi czasy obrazem. Ot cała historia piątkowego boju.


