
Z dużej chmury mały deszcz, jak chodzi o ten weekend. Szykowały się ciasteczka w Bolonii i Madrycie, a wyszedł trochę zakalec (abstrahując od cudnych ozdobników w postaci bramek Orsoliniego i Valverde). Będąc szczerym, nadrobiłem tylko skróty obu spotkań, gdyż proszę mi wybaczyć – rezultaty nie zachęcały do konsumowania całości. Niezłe widowisko zobaczyłem na Villa Park, o czym poniżej słów kilka. Oprócz tego na warsztat wezmę z grubsza sytuację w czołowych ligach europejskich i podzielę się własnym punktem widzenia, perspektywą na aktualną rzeczywistość.
Aston Villa podtrzymuje passę
O drużynie Unaia Emerego już sporo mówiłem. Tych nie będących na bieżąco, zachęcam do zgłębienia tematu. Projekt pod szyldem Newcastle United to już także poważany na angielskim rynku gracz. „Sroki”, jakie dziś możemy oglądać, to w dużej mierze robota Eddiego Howe’a. Anglik przywrócił Newcastle dawny blask, nadal drużynie kształtu i charakteru oraz wprowadził do Ligi Mistrzów. Za te elitarne rozgrywki „Sroki” zapłaciły frycowe. Teraz, kiedy zobowiązań jest mniej, Newcastle znów liczy się w walce o pierwszą piątkę, choć zespół nie od razu wszedł na odpowiednie obroty. Nie należy zapominać o arabskich pieniądzach, które zasiliły budżet klubu w ostatnich latach. Z drugiej strony nie uważam, by nazwiska tworzące zespół z miejsca predestynowały podmiot do zajmowania czołowych lokat. Tym bardziej cenię pracę szkoleniowca. Stworzył drużynę, na którą po prostu chce się patrzeć.
Miło już było. Teraz trochę krytyki lub pochwał dla tych drugich – jak kto woli. Aston Villa zaczęła z „wysokiego c”, szybko zdobywając bramkę. W pierwszej części wykazywali większą aktywność, często kładąc nacisk na pchanie akcji lewą stroną. Konkretów brakowało, mowa jedynie o wrażeniach optycznych. Zresztą Newcastle szybko odpowiedziało golem po precyzyjnym dośrodkowaniu Barnesa. Druga połowa to już spektakl jednego aktora. Villa grała tak jak lubi, szybko i różnorodnie. Choć spotkały się drużyny na zbliżonym poziomie, to w sobotę błyszczała tylko jedna. Kamara niczym odkurzacz czyścił i neutralizował wszelkie próby ataków. Urodzaju na ławce nie bał się wykorzystać Emery. To właśnie zmiany przyczyniły się do dwóch kolejnych zdobyczy. Autorem jednej z nich – Amadou Onana. Bramka stadiony świata.
Przystępujemy do finishu
Liverpool uciekł nam troszkę z pola widzenia, usuwając się w cień. Czołgają się powoli do przodu, od zwycięstwa do zwycięstwa, tytuł mając już praktycznie w kieszeni. Arsenal priorytetowo traktuje Ligę Mistrzów, a przynajmniej tak mi się wydaje. Potem wielki ścisk i pięciu kandydatów aspirujących do zaledwie trzech miejsc. United oraz Tottenham o obecnym sezonie chcieliby chyba jak najszybciej zapomnieć ( choć Diabły mają jeszcze jedną ważną misję do spełnienia ). Na dole beniaminkowie – drużyny, które ani mnie grzeją, ani mnie ziębią. Drużyny, które wyraźnie odstają od całej reszty.
We Francji znajdziemy sporo analogii. Zdobywca tytułu od miesięcy znany. Jarać się można tylko, czy Paryżanie przejdą cykl bez potknięcia. A potem hulaj duszo, piekła nie ma. Ciasnota wielka, od Marsylii po Strasbourg. Brest zajmuje spokojną dziewiątą pozycję, co prowokuje mnie do myśli, że ta Liga Mistrzów wcale nie odbiła się wielką czkawką. Ekspertem od Ligue 1 nie mogę się tytułować, toteż na tym zakończę moje niezbyt błyskotliwe rozważania.
W niemieckiej Bundeslidze sytuacja podobna. Dwie pierwsze pozycje zaklepane, a potem istne piekiełko, niech się dzieje wola nieba. Zadyszkę złapała Moguncja, a do drzwi raju nieśmiało puka wracająca do przytomności Borussia. Na dole do rozstrzygnięcia pozostaje już tylko kwestia barażu. Na tę chwilę szesnastą pozycję zajmuje Heidenheim, ale jak będzie za miesiąc – pojęcia nie mam. Rozchwianie poszczególnych zespołów w tym sezonie razi po oczach. Bijemy brawo, by tydzień później wydać wyrok. Taka to jest ta urokliwa Bundesliga.
W Hiszpanii Barcelona jakby na lekkim autopilocie, ale co najważniejsze – zwycięska i trzymająca dystans. Dzięki zwycięstwu z Bilbao Real wciąż może i powinien walczyć, by z twarzą zakończyć ten trudny rok. Atletico musi tym razem przywyknąć do roli tego trzeciego. Athletic Ernesto Valverde tworzy piękną historię zakończoną prawdopodobnie awansem do Champions League. O piątą pozycję zażarcie będą walczyć Villareal i świetny wiosną Betis. We wspomnianą wcześniej czkawkę wyposażyli się poniekąd piłkarze Girony, którzy szorują po dolnych rewirach. W oczy kłuje mnie także miejsce Sevilli. To nie jest klub na piętnaste miejsce.
Na polu walki o Scudetto pozostało już tylko dwóch graczy. Napoli i Inter mają tyle samo punktów. Na „pol position” w moim mniemaniu ekipa Antonio Conte. Mniej spotkań, mniej wymagający rywale, wszystkie karty po ich stronie. Zadziwiać nie przestaje Bologna Vincenzo Italiano, a z tylniego siedzenia Ligę Mistrzów atakuje odbudowana Roma Claudio Ranierego. Tu koncówka także zapowiada się frapująco. Kosta Runjaić spokojnie utrzymał Udinese, Cesc Fabregas Como. Spadkowicza znamy na obecną chwilę jednego i jest nim Monza. Jakby jeszcze jakimś cudem się utrzymali, to proszę mnie rozliczyć. Byłoby to swoiste science-fiction.


