Zawsze skuteczna analiza wsteczna #4: Turyńska degrengolada ; laurka dla Jagielloni

Jak co poniedziałek, czas na kolejną publikację z serii „Zawsze skuteczna analiza wsteczna”. Podzielę się kilkoma myślami związanymi z wczorajszym blamażem Juventusu, podejmę również temat spotkania na Old Trafford, gdzie United podjął Arsenal. Postanowiłem również „namalować” krótką laurkę dla Jagielloni Białystok, która jedną nogą jest już w ćwierćfinale Ligi Konferencji.

Demolka na Allianz Stadium

Pozwolę sobie na porównanie „Starej Damy” do liścia kołyszącego się na wietrze, chwiejnego i ulotnego, jak dyspozycja Juventusu. Dopiero mówiliśmy o małej, ale jednak serii zwycięstw, czy cichym przyłączeniu się do wyścigu o Scudetto. Tymczasem turyńczycy pożegnali się z Ligą Mistrzów, nie ma ich także w Pucharze Włoch, a i w lidze stabilizacji brak.

Wczoraj namacalnie mogliśmy obserwować, czym jest prawdziwa różnica klas. O ile Atalantę również dosięgają niekiedy kłopoty, o tyle La Dea będąc najlepszą wersją samej siebie, jest prawie że nieuchwytna. Taka właśnie była wczoraj – wielka, nieosiągalna, pełna wdzięku i mądrości. Mam przekonanie, że na początku drużyna z Bergamo oddała piłkę rywalom, wiedząc, że Juve niekoniecznie będzie potrafiło to przekuć w sukces. Tak faktycznie się działo, gdyż niemiłosiernie punktowali przeciwnika, z łatwością kreowali sytuacje, a prawdę mówiąc ostateczny rezultat mógłby być znacząco wyższy, niż w rzeczywistości był. Nie spodziewałbym się, że Sead Kolasinac będzie jeszcze w stanie aż tak odżyć jako zawodnik, tym bardziej nie posądzałbym go o asystę „piętką”, a jednak. To taka mała dygresja. Błąd Dusana Vlahovicia, który sprokurował czwartą bramkę La Dei, miał wymiar symboliczny, co zresztą zauważyli również eksperci Eleven Sports. Po stronie Juventusu pozytywnych doznań praktycznie brak, indywidualnych zrywów także. Wczoraj grała jedna drużyna, a druga stwarzała pozory. Gasperini i spółka wciąż marzą o tytule. Dla „Starej Damy” priorytetowe jest przede wszystkim miejsce w czwórce.

W Manchesterze na remis

Nie zamierzam oceniać „Czerwonych Diabłów” w kontekście tabeli, rezultatów, wymiernych aspektów, bowiem w tym momencie sezonu jest to bezsensowne. Jedyną realną przestrzenią do potencjalnego sukcesu pozostała Liga Europy. Ruben Amorim zalicza fatalny start, za co można go krytykować, jednak chyba powinniśmy na to spoglądać również w dłuższej perspektywie. Co się tyczy wczorajszego spotkania, Manchester United od pierwszego gwizdka zbudował zasieki obronne, licząc na pojedyncze wyskoki, których jednak brakowało. Świetnie ułożona stopa Bruno sprawiła, że na przerwę schodzili z prowadzeniem. W drugiej części już tej piłki w piłce było więcej. Tu zaś pojawia się „pięta achillesowa”, czyli brak skuteczności, no i David Raya na bramce, czego nie sposób pomijać.

Arsenal zmuszony był od początku futbolówkę posiadać. Czy im to pasowało ? Ciężko stwierdzić, choć nie wydaje mi się. Drużyna z Londynu ewoluowała w ostatnich latach pod wodzą Artety. Na ten czas raczej stawia na futbol reaktywny, defensywną stabilność, czy stałe fragmenty gry. Ten sezon w ich wykonaniu określić można jako przyzwoity, bez drastycznych wynikowych zmian w stosunku do lat poprzednich, jednak ze swego rodzaju gorszym wrażeniem. Nie omijają „Kanonierów” również kontuzje. Wczoraj błysku nie zauważono, no może poza Declanem Ricem, kreatywną ostoją wartą wielu pieniędzy. Pracę Artety na przestrzeni lat oceniać można tylko pozytywnie, wszak wyprowadził ten klub z powrotem na salony. Jest jednak jedna rysa na tym szkle – pusta gablota. Nic nie zapowiada, aby teraz ten stan miał ulec zmianie.

Laurka dla Jagielloni

Na koniec o Jadze, o miłym (niestety) odstępstwie od reguły w polskiej piłce. Konkretniej mówiąc, będzie ogólnie, o klubie jako projekcie. Jagiellonia to bowiem fenomen jak na polskie warunki. Ułożone, stabilne, uporządkowane, dobrze i umiejętnie zarządzające zasobami struktury do niedawna pod przewodnictwem Wojciecha Pyrtkiewicza, teraz Zbigniewa Dyptuły, to jedno. Drugie to postać Łukasza Masłowskiego, czyli dyrektora sportowego, projektanta kadry, który widział potencjały, jakich być może nie zauważyłby nikt inny dysponujący podobnymi środkami. Trzecie to Adrian Siemieniec, trener młodego pokolenia, wysokiej klasy człowiek o pokaźnym warsztacie i niemałej erudycji. Świadomość i znajomość swoich ról, odpowiednie kompetencje, w końcu dobrze przebiegająca komunikacja wewnętrzna sprawiają, że rzeczywistość Jagielloni wygląda jak wygląda. Efekt ? Pierwsze w historii mistrzostwo Polski, awans do Ligi Konferencji, walka o kolejny tytuł, bliski urzeczywistnienia ćwierćfinał europejskich rozgrywek. Nie pozostaje nic, tylko szczerze pogratulować. A osoba Adriana Siemieńca jest bez cienia wątpliwości kandydatem na selekcjonera reprezentacji w przyszłości, bynajmniej na razie, ale to tak na marginesie.

Już jutro „Top-spiele #4”, do którego link wkleję poniżej:

Top-spiele #4: 25 kolejka Bundesligi, która się filozofom nie śniła – Bezkres sportu

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry