
Jesteśmy świadkami sytuacji nietuzinkowej, nietypowej, pełnej absurdu i komizmu zarazem. Na boiskach niemieckiej Bundesligi w ostatnich dwóch kolejkach spotkania nie wygrał żaden gospodarz. W ostatniej 25 kolejce sporo się działo, często za sprawą drużyn skazywanych na pożarcie. Przyjrzyjmy się więc minionym ekscesom, które na stałe zapiszą się w historycznych annałach.
Szczyt tabeli zawiódł na całej linii
Zacznijmy może od spotkania w Monachium. Tam Vincent Kompany przeprowadził kadrową rewolucję, by zmierzyć się z VFL Bochum. Powyższy fakt nie usprawiedliwia ostatecznego rezultatu, szczególnie jeśli grasz na Allianz Arena, szczególnie jeśli rozpoczynasz od dwubramkowego prowadzenia. Pozycja Bayernu jest bezpieczna, toteż opisywana wpadka mogła być efektem chwilowej dekoncentracji, zlekceważenia rywala, Jak już wspominałem, Dieter Hecking wykonuje w Bochum bardzo solidną robotę. Przypomnę tylko, że zespół ten po 9 kolejkach miał 1 punkt. Teraz jest w miejscu, gdzie może myśleć o utrzymaniu, nawet tym nie uwzględniającym baraży.
Przenieśmy się do Leverkusen. Tam chyba jesteśmy świadkami chwilowego zmęczenia materiału. Ekipa Alonso dostała w ostatnim czasie demotywujący cios w Lidze Mistrzów, co być może było przyczyną takiej, a nie innej dyspozycji w sobotę. Ole Werner od lat w Bremie stawia na ciekawy dla oka futbol, często nie mając do tego wystarczająco dobrych narzędzi. Ostatnimi czasy Werder wpadł w spory impas. Kiedy się jednak podnosić, jak nie w starciu z mistrzem Niemiec.
Uwstecznia się nam ostatnio zespół z Frankfurtu. Na przełomie roku o Eintrachcie można było wypowiadać się w wielu superlatywach. Luty i początek marca to jednak głównie porażki, nie tylko te potencjalnie wkalkulowane, ale również bolesne, jak ta sobotnia. Zastanawiam się, czy to poniekąd pokłosie straty Marmousha. W jakimś stopniu na pewno, choć nie zwalałbym na ten karb całości aktualnego obrazu drużyny. Egipcjanin był jednak zawodnikiem, który niekiedy potrafił uczynić użytek z niczego, wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za cały zespół. Teraz nie ma takiej postaci. Trener Topmoller ma nad czym myśleć, bowiem jego ekipa spowszedniała, a szkoda z ich perspektywy byłoby stracić miejsce w czwórce.
Mainz nie przestaje zadziwiać, BVB również…
Ekipa Bo Henriksena to namacalny dowód na to, ile w sporcie oznaczają aspekty mentalne, psychologiczne, cechy wolicjonalne. Od paru tygodni zespół kroczy w jednym kierunku o nazwie Liga Mistrzów. Owe europejskie puchary mogą się dla nich w dłuższej perspektywie okazać się kłodą rzuconą pod nogi, ale nie niszczmy może tej wzniosłej atmosfery nadchodzącego sukcesu. W Moguncji gra wszystko, każdy wie, za co odpowiada, są ci od przysłowiowej „czarnej roboty”, są ci od piłkarskiego błysku. Bardzo dobra organizacja gry nie jest w tym przypadku gołosłownym sloganem. W ostatnich 17 spotkaniach Bundesligi, Mainz straciło zaledwie 12 bramek. To wszystko bez mistrzów świata w defensywie, przy całym szacunku. O niektórych elementach prężnie działającej maszyny już wspominałem w jednym z ostatnich artykułów, dziś słowo o Nadiemie Amirim. Jego wartość użytkowa objawiła się w ostatnim meczu w Gladbach w postaci pięknego trzeba przyznać uderzenia będącego ozdobą spotkania. Palce lizać.
Ciężki jest żywot kibica BVB w tym roku, kiedy kompromitacja goni kompromitację, poza ulotnymi i złudnymi pozytywnymi chwilami. W sobotę Augsburg pokazał Borussi miejsce w szeregu. Brzmi to absurdalnie, takie są jednak fakty. Najgorsze jest to, że proces ten nie rodził się w bólach i poświęceniu, bowiem Augsburg czuł się całkiem swobodnie. Po stronie zółto-czarnych marazm, zastój, nieporozumienia, kreatywności brak, pomysłu również, nic innego, o czym wcześniej bym nie wspominał. Nie byłem zwolennikiem Niko Kovaca. Sam trener nie zrobił wiele, by moje zdanie zmienić. Morale BVB to na ten czas kompletna antyteza tego, co możemy obserwować w Bochum, czy Moguncji. Jako kibic tego klubu, obawiam się przerodzenia tej na razie okresowej sytuacji w coś permanentnego i mam wrażenie, że do tej granicy już niewiele brakuje. Żal patrzeć, jak za każdym razem 81 tysięcy kibiców przychodzi na Signal Iduna Park, by oglądać tak żałosne przedstawienie.


