Czas mistrzów #13: Valverde dźwiga Real ; Lech i Raków obdarli z optymizmu

Przedwczoraj Newcastle dotknęła gorzka strona futbolu. Na Santiago Bernabeu mogliśmy ponownie zobaczyć Cristiano Ronaldo, tyle że w ciele Federico Valverde. Przed dzisiejszymi spotkaniami w Lidze Konferencji towarzyszył mi relatywny optymizm. Teraz czuję się lekko znużony.

Newcastle wtaczało głaz ; Federico Valverde

Wielką sztuką jest utrudniać Barcelonie proces kreacji, a jeszcze trudniej robić to na przestrzeni całego spotkania. Newcastle dołożyło wszelkich starań, by wtorkowe spotkanie zakończyć choćby z symboliczną przewagą. Od początku postawili na wysoką intensywność, skoki pressingowe, próbowali ograniczyć rywalom przestrzeń. W mojej głowie pojawiły się schematyczne myśli, to znaczy „wyszumieją się, a potem maszyna Flicka ich zmieli”. Nic takiego się nie stało. Faktem jest, że długo nie doświadczaliśmy dogodnych sytuacji, a to za sprawą kulejących kluczowych akcentów poszczególnych akcji ( np. niedokładność Elangi ). Kiedy „Sroki” swój głaz wtoczyły, ten zaraz zleciał na dół. Barcelona nie potrzebuje wiele. Słabe spotkanie odnotowywała praktycznie cała ofensywna brygada „Dumy Katalonii”. Jedno magiczne dotknięcie Olmo sprawia, że na tablicy wyników widnieje stan wyjściowy.

W komentarzu na INSTAGRAMIE napisałem, że Real Madryt był wczoraj pozytywnie przewidywalny. Biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie „Królewskich”, wiele wskazywało, że ta przewidywalność przybierze raczej negatywny odcień. Real licował ze swoją niezmienną od lat boiskową aparycją. Zgodnie z nią, rezultat często dawały indywidualna jakość w połączeniu z bezpośrednimi, błyskawicznymi wypadami. Imponujący wynik mówi nam, że wczoraj po prostu wyszło. Stąd pozytywna przewidywalność. Takiego wyniku nie byłoby jednak, gdyby nie Fede Valverde. Człowiek instytucja, inspirator, lider, który wytargał drużynę za uszy, wzniósł na wysoki poziom i zaprowadził do triumfu. Spoglądając holistycznie, City zagrało mecz wstydliwy. Valverde myślał szybciej, wtapiał się w defensywę, gubił krycie ( Nico O’Reilly coś o tym wie ). Nie skreślam całkowicie „Obywateli”. Skoro Madryt był świadkiem zjawiska z gatunku tych raczej abstrakcyjnych, Manchester również może. Niemniej jednak droga bardzo daleka.

Słaby Lech ; poprawny Raków nie wytrzymał

Mam przekonanie, że rozwój polskiej piłki klubowej dotarł do momentu naprawdę godnego. Co przez to rozumiem ? Zmianę sposobu postrzegania, percepcji spotkań z rywalami wyższego rzędu. Mecze z Fiorentiną, czy Szachtarem przedefiniowały swój status – walka o jak najniższy wymiar kary została zastąpiona przez realne wyzwanie. W związku z tym dziś czuję się rozczarowany.

Lech Poznań był dziś zwyczajnie słaby. Defensywa popełniała błędy, często skórę „Kolejorza” ratował Mrozek. Ta obronna niefrasobliwość objawiła się chociażby przy stracie pierwszej bramki. Kaua Elias skupił na sobie trzech zawodników i oddał piłkę wybiegającemu Gomesowi. Gdy tablica pokazywała już dwubramkową stratę, brakowało mi odpowiedniej, ognistej reakcji. To momentum pojawiło się, kiedy Ishak zanotował kontaktową zdobycz. Wzniecony ogień szybko jednak zgasł. Szachtar posiadał sporą kulturę gry, ale chyba jeszcze większą dawkę indywidualnej jakości. Tam Brazylijczycy naprawdę wiedzą, jak czynić użytek z piłki przy nodze. Kolejorz również nie może narzekać na brak sportowego kapitału, z tym że dziś postanowił go nie prezentować.

Dzisiejsze usposobienie Rakowa było pragmatyczne, niekiedy nudne, ale odpowiedzialne za wynik, świadome potencjalnego pokłosia błędu z tak trudnym rywalem. Mecz nie obfitował we frapujące chwile, zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Jeśli mam za cokolwiek pochwalić Częstochowian, będzie to dyscyplina taktyczna ( wyłączając spowodowanie rzutu karnego przez Ameyawa ). Akcja bramkowa Rakowa była środkiem prostym, wykorzystującym kunszt Brunesa. Na koniec dnia w świat idzie jednak wynik. Ten nie napawa przesadnym optymizmem.

Zapraszam naINSTAGRAMA 🔥

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry