
Real wyszedł na boisko bojowo nastawiony, energetycznie usposobiony, chętny przełamać impas. Problem w tym, że „strzelał co najwyżej ślepakami”. Jagiellonia przeżywała różne chwile w starciu z Rayo. Od „plaskacza”, przez niezły moment, po „piłkarskie samobójstwo”. Doceniam remis Lecha przy jednoczesnym poczuciu niedosytu.
Liga Mistrzów
Obejrzałem we wtorek starcie na San Siro i cóż, momentami jak na spacerniaku – działo się niewiele. Nie specjalnie mam ochotę szerzej rozwodzić się nad tym wydarzeniem, szczególnie że i materiału niezbyt wiele. Zagadnienie omawianego meczu „ugryzę” jednak z polskiej strony. Wielokrotnie krytykowałem Piotra Zielińskiego za jego wszelaką nijakość w barwach Interu. W ostatnim czasie sytuacja uległa zmianie, Polak zdobył większe zaufanie w oczach Chivu, a i jego gra cieszy oczy. Wtorkowy wieczór tego dowodem. Mniej gry przesadnie pragmatycznej, na alibi, takiej, która „więzi” jego piłkarski kapitał. Więcej luzu, swobody, progresywnej gry, tu „siateczka”, tam gra kombinacyjna, jest co podziwiać. Brawa dla Liverpoolu za uporczywość nagrodzoną golem w końcówce meczu. Niemniej jednak to zwycięstwo, choć cenne, zupełnie nie rozwiązuje różnych kwestii problematycznych.
Możnaby rzec, że Real w środę był niezwykle hipokrytyczny. W taki sposób ciężko o triumf z Manchesterem City. Co mam na myśli ? Drużyna Alonso potrafiła wykrzesać kreatywność pozwalającą dochodzić do dogodnych sytuacji, ale w momentach kluczowych decyzji całkowicie niweczyli swój wysiłek ( okazje marnowali Vinivius, czy Bellingham ). Równolegle z usilnymi staraniami ofensywnymi, występowały wtopy obronne. Manchester City „przyjmował dary” i maksymalizował dyski. Erling Haaland długi czas niewidoczny, ale kiedy już „dostał się na scenę”, wypełnił swoją rolę. Żaden to wybitny mecz ekipy Guardioli. Rzecz w tym, że Real popełniał błędy, zaś „Obywatele” popełniali ich znacznie mniej. Przy bezpiecznym stanie, Manchester
Liga Konferencji
Doceniam obiecującą aparycję Lecha w spotkaniu z FSV Mainz. Tego typu mecze zupełnie nie korelują z coraz śmielej „burzonym” poczuciem niższości względem ekip top 5 lig. Jak już ostatnio wspominałem, Lech z piłką przy nodze potrafi wyglądać niezwykle urodziwie i skutecznie zarazem. Dziś również na pierwszy plan wybijało się raczej sukcesywne budowanie ataków, gra kombinacyjna na małej przestrzeni, a niżeli bazowanie na dynamicznych fazach przejściowych. Kulały „kropki nad i”, czy ze strony Rodrigueza, czy Ishaka. Oprócz sytuacji bramkowej, defensywa spisała się raczej bez zarzutów, choć umówmy się, nie była wystawiona na wielką próbę. Taki, a nie inny przebieg spraw determinowała również czerwona kartka Veratschniga. Abstrahując od kartonika, Mainz nie wyszło raczej ze swojej siermiężnej „bundesligowej roli” i nie przewiduję, by nowe otwarcie pod wodzą Ursa Fishera przyniosło zmiany w tej materii. Tam jednak chodzi już wyłącznie o punkty.
Jagiellonia Białystok przechodziła dzisiaj przez całą gamę stanów, „emocjonalne góry i doliny”. Zaczęło się od „terapii szokowej”, czyli straconej bramki oraz licznych „obrażeń” dla obramowania bramki Abramowicza. Potem już lepiej, impuls dał stary, ale jary Jesus Imaz. Po przerwie z dystansu próbowali Pululu, czy młodziutki Mazurek. Kiedy drużyna trenera Siemieńca wkraczała na relatywnie dobry „tor”, to wydarzyło się zjawisko łączące okrutny błąd Abramowicza z błyskiem geniuszu Pachy. Szkoda Jagiellonii, ponieważ przypominała „rosnący kwiat”, który nie wiedzieć dlaczego, sam sięgnął po „sekator”. To trzecia z rzędu porażka ekipy z Podlasia i nie trudno dostrzec analogię w stosunku do ubiegłego roku. W Białymstoku najzwyczajniej chyba potrzebują „naładować akumulatory”.
Legia wkroczyła już w „strefę podziemną”, przesuwając granicę definicji wstydu. „Poległa Warszawa” – piłkarsko, mentalnie, organizacyjnie. Wielka szkoda, po prostu. „Ostatni taniec” Marka Papszuna w kontekście wyników Rakowa wygląda znakomicie. Już niedługo pozostawi uporządkowaną rzeczywistość na rzecz bałaganu. Cóż, pan chciał, pan będzie miał.


