
Phil De Fries unaocznił nam fakt, że waga ciężka KSW to bezsprzecznie „jego kawałek podłogi”. Sebastian Przybysz wrócił z dalekiej podróży i dał radość swoim licznie zgromadzonym na hali kibicom. Roman Szymański pokazał, że jest immanentną częścią federacji, w dodatku wciąż liczącą się w rozgrywce o najwyższe laury. Czas podsumować kolejne solidne, warte spędzenia czasu przed monitorem, wydarzenie KSW.
Brytyjski dominator
Arkadiusz Wrzosek miał argumenty, by De Friesa z piedestału zepchnąć. Rzeczywistość zweryfikowała jednak nośne plany i zrobiła to w sposób brutalny. Kiedy Phil De Fries cię dopada, możesz się poczuć, jak człowiek przygnieciony przez głaz. Polak rozpoczął od kilku złowieszczych kopnięć, ale kiedy wielki miłośnik piwa zszedł w tempo pod ciosem po nogi, wyrok w zasadzie zapadł. Wrzosek z dołu był żywotny, próbował wstawać, ale sami państwo rozumiecie… Kontrola De Friesa jest zabójcza. Na koniec ładnie wyglądająca americana i było po robocie.
Mistrz wciąż panuje oraz rządzi i nic nie zapowiada zmiany tego stanu rzeczy. Do boju z Philem aspiruje Stefan Wojcak. Wcale nie brałbym tego pojedynku za oczywisty pewnik. Póki co, Anglik zajmie się najpewniej konsumpcją śrubowania kolejnych rekordów. Dla Wrzoska to niezwykle cenna lekcja. Sam Arek mówił po walce, że niezbyt rzetelnie wykonywał plan wyznaczony przez sztab szkoleniowy. Przed nim kilka wyzwań, które na nowo mogą utorować mu drogę do tytułu. Pytanie, czy z tej trasy nie zboczy. Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się. Wrzosek ma w sobie gen zwycięzcy i moim zdaniem, prędzej czy później, kolejną szansę dostanie.
Zwycięski Sebić
Sam pojedynek bardzo ciekawy, choć przesadnych fajerwerków bym się nie doszukiwał. Pierwsza odsłona zachowawcza, badawcza, choć z akcentami na rzecz panującego. W drugiej zwrot akcji, efektywne wykorzystywanie niskich kopnięć przez Wenezuelczyka, a co najważniejsze – knockdown po jednym z ciosów. Trzecia runda obfitowała w kolejną diametralną zmianę, bo Przybysz usadził Morelli’ego ładną kombinacją, po czym dokończył dzieło już na ziemi, zapinając mataleo.
Marcelo Morelli spisał się na medal, choć w tym wypadku srebrny. Facet sprawia wrażenie, jakby nie posiadał układu nerwowego. Bierze pojedynki na ostatni moment i wygląda jak fighter po pełnym obozie przygotowawczym. Dotychczas z takowych konfrontacji wychodził zwycięsko, w sobotę poniósł porażkę. Ta przegrana ma jednak zupełnie inny wymiar, niż dosłowne znaczenie tego słowa. W sensie nieformalnym Wenezuelczyk tego dnia nie skończył „na tarczy”.
Polak dowiódł, że jest zawodnikiem formatu mistrzowskiego. Najpierw długie negocjacje kontraktowe, później zmiana rywala dzień przed galą, a w związku z tym przedefiniowanie założeń taktycznych, czy nastawienia mentalnego. Presja ciążyła na nim spora, odpowiedzialność również, porażka zdawała się nie wchodzić w grę. Przybysz ten cały bagaż wytargał, zgarnął oklaski i może czekać w spokoju na kolejne wyzwania.
Roman wraca ; Damsyn dusi ; Pawlik szokuje
Spodziewałem się większego dobrodziejstwa po starciu Szymańskiego z Formelą. Skończenie pojedynku wynagrodziło jednak w pewnym sensie brak dalszego ciągu tej historii. Fakty są takie, że przez pierwsze kilka minut ta walka była grą – grą przyruchów, grą nasyconą wzajemnym respektem. W newralgicznym, kluczowym jak się okazało momencie, Szymański znalazł lukę, wszedł w zwarcie, ruszył z serią i dokonał egzekucji. Formela to zawodnik bardzo dobry, mierzący się ze ścisłą czołówką, znajdujący się na drobnym zakręcie, posiadający wszystko, by ten moment przezwyciężyć. Muszę jednak przyznać, że wygrana Szymańskiego mnie cieszy. Romek to integralna część KSW. Silny Szymański jest w tym tworze potrzebny.
Damsyn zrobił dokładnie to, co przewidywałem w zapowiedzi. Zweryfikował Lushimę, dowodząc, że z takim zawodnikiem (jak Piwowarczyk) jeszcze się nie mierzył. Można powiedzieć, że fighter „Unic Fight Club” wrócił do korzeni. Niczym małpa uwiesił się na szyi przeciwnika, zapiął gilotynę, której już nie puścił.
Pawlik zadziwił świat wszechstylowej walki wręcz, w tym również mnie. Pokazał siłę charakteru, przetrwał trudne dwie rundy, dostrzegł słabość i z premedytacją wykoleił „hype train”, jakim bez wątpienia jest Wiktor Zalewski. Techniczno-estetycznego pokazu ze strony żołnierza może nie było, ale na koniec dnia to nie z tego rozlicza się zwycięzców oraz przegranych. Przez pierwsze dwie odsłony Zalewski wyprzedzał Pawlika, składał lepsze kombinacje, był celniejszy, uderzał z różnych kątów. Underdog przed trzecią rundą usłyszał instrukcje ze strony trenera Jakubowskiego, które wdrożył w życie z całkiem niezłym skutkiem. Nie wiem, z czego wynikała indolencja Zalewskiego, ale zjazd kondycyjny był zatrważający.
Piękny koniec Webstera
Jak kończyć karierę, to właśnie w taki sposób. Walka do ostatniego tchu, do ostatniej sekundy, bez momentu zwątpienia. Jak Domin wytrzymał balachę w pierwszej rundzie ? Nie ma pojęcia, ręce bez kości. Ze strony świeżo upieczonego emeryta mieliśmy przekrój całego MMA, co istotnie odzwierciedla styl walki, jakim raczył nas Damian Stasiak. Były szarże stójkowe, latające kopnięcia, wspomniana balacha, próba duszenia północ-południe, kontrola parterowa, ale przede wszystkim pokaz woli walki (z obu stron należy podkreślić). Wystąpienie „na mikrofonie” – bliskie ideału.
Michał Domin z pewnością może czuć się zawiedziony. Jego sportowa droga zmierzała w dobrym kierunku, znajdował się na fali zwycięstw. Teraz znów musi wykonać krok do tyłu. A może po prostu w tym miejscu znajduje się „jego sufit”.
Inne pojedynki
Szkoda, że występ Polishchucka musi zostać odnotowany w cieniu zamieszania z wagą, wszak jego dyspozycja była naprawdę imponująca. Po krótkiej, acz treściwej kotłowaninie parterowej, Ukrainiec zapiął ciasny trójkąt nogami i było po sprawie. Po walce okazał skruchę, przeprosił za swoje zachowanie, co warte odnotowania. Trudna decyzja przed Wojsławem Rysiewskim. Z jednej strony kogucia potrzebuje mocnych graczy, z drugiej ciężko zaufać facetowi, który przestrzelił wagę o 5 kg.
Kamil Szkaradek wykonał swoje zadanie, choć margines poprawy pozostaje spory. Było tak, jak można było zakładać. Polak wywierał presję, chciał zamykać, kontrolować, zaś Bortoluzzi szukał „złotego strzału”, chciał się bić. Trzecia odsłona dosyć bierna w wykonaniu Szkaradka, ale to wystarczyło, by wrócić na zwycięski szlak.
El Hadji Ndiaye nie dał żadnych argumentów, by otrzymać kolejną szansę. To było starcie, w którym rolę odgrywał Wojciech Kawa, kiedy Francuz pozostawał statystą. Trafiają do mnie głosy porównujące Kawę do Macieja Jewtuszki. Coś w tym jest trzeba przyznać. Zobaczymy, jak „Berserker” będzie wyglądał na tle silniejszych rywali.


