Na bitewnym szlaku #9: Ognisty występ Mateusza Gamrota. Kto następny ?

Czego byśmy nie mówili, jak bardzo nie bylibyśmy przekonani o sportowej wyższości „Gamera”, niedzielna walka nosiła w sobie ogromny ciężar gatunkowy. Polak do zyskania miał niewiele, a do stracenia wszelkie aspiracje. Na szczęście bieg starcia nie przyniósł ani jednego momentu, kiedy nasza pewność zostałaby zachwiana.

Pełna kontrola

Oprócz kwestii najważniejszej – zwycięstwa, w tej walce chodziło o coś więcej. „Gamer” potrzebował zaznaczyć swoją obecność, podpisać listę jako ten, który zamierza czynnie wziąć udział w rozgrywce o pas. Czy Polak wypełnił to założenie ? I tak, i nie. Z jednej strony szkoda, że pojedynek nie zakończył się przed czasem. Nikt nie pogardziłby efektownym poddaniem. Nie bądźmy jednak zachłanni. Gamrot w stu procentach kontrolował przebieg walki, nie dał żadnej przestrzeni Kleinowi, dyktując tempo od początku do końca.

Polak robił to, co potrafi najlepiej, czyli wywierał niczym niepohamowaną presję. Co zauważalne, to progres w kilku elementach rzemiosła, o których sam „Gamer” często wspominał. Nie pamiętam starcia, kiedy płaszczyzna stójkowa wyglądałaby tak obiecująco. Upodobał sobie niskie kopnięcia, pozostawał czujny, chętnie korzystał również z rąk. W sytuacji potencjalnego zagrożenia (nie wiem, czy ucieczka po sprowadzenie w 1 rundzie była skutkiem uderzenia), w zanadrzu był grappling (patrz chociażby 3 runda). Trzeba oddać Kleinowi, że starał się odrzucać biodra, uskuteczniać defensywę zapaśniczą. Nawiązując jednak do słów Pudziana: „to i tak by nic nie dało”. Gamrot jest jak wesz obskakująca ze wszystkich stron, jak pająk oplątujący żyjątka w gęstej sieci pajęczyny. Innym elementem, który szczególnie mógł się podobać była kontrola – ta pod siatką i ta na ziemi. Nie zapominajmy o fakcie, że niezależnie od sytuacji klatkowej, Polak pozostawał aktywny. Pod siatką „częstował” kolanami, na ziemi sowitymi uderzeniami. Reasumując, był to występ bez mała kompletny.

Co dalej, kto następny ?

Zarówno ja, jak i liczna grupa fanów wszechstylowej walki wręcz liczyła na mocne „promo”, nośny „statement” Mateusza. Spodziewałem się więcej, ale absolutnie nie było tragedii. Dowiedzieliśmy się o „europejskim idiocie” (Paddy Pimblet) podczas wywiadu w klatce oraz o „bogu strefy komfortu” (Benoit Saint-Denis) na konferencji prasowej. I spoko, to kąśliwe, zdobywające uwagę, sympatię, całkiem błyskotliwe. Brakło mi jednak „rzucenia rękawic” w stronę Armana Tsarukyan’a. Składałoby się wszystko. Panów łączy wspólna historia, pierwszy pojedynek kandydujący do walki roku, czy wzajemna niechęć. W dodatku Arman, po ostatnim wybryku, znajduje się raczej na cenzurowanym niż na drodze do kolejnego „tittle shoota”. Nie wiem, jakie wyzwanie stanie teraz przed naszym „Polish Warrior’em”. Sądzę, że stety/niestety Polak będzie musiał jednak spoglądać za siebie niż przed siebie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry