
Powróćmy na „ziemię bitewnego szlaku”, by pochylić się nad bogactwem, jakim uraczył nas świat MMA w ostatnich tygodniach. Ten artykuł jest jednak inny niż pozostałe. Nie specjalnie dba o strukturę, porządek, formę. Zasiadam przed klawiaturą i piszę o tym, co zwróciło moją uwagę, fragmentarycznie, bardzo wybiórczo, trochę o tym, trochę o tamtym. Niech ten „spacer” będzie krótki, ale intensywny.
„Podróż” zaczynamy od rejonów bałkańskich. My zaczynamy, a Kamil Kraska z niej wrócił, i to takiej dalekiej. Jakiż ten triumf musi być budujący w długiej perspektywie rozwoju, zarówno pod kątem sportowym, jak i mentalnym. Cavalcanti ruszył jak dzik od pierwszego gongu, mieszając ciosy proste z sierpowymi, dokładając niezłą defensywę zapaśniczą. Kraska swoje na twarz przyjął i było warto, choć nie przesadzałbym z gloryfikacją luk w gardzie. Siły witalne szybko opuściły Cavalcantiego, a wajcha stopniowo przesuwała się w stronę Polaka. Trójkąt był to urodziwy, co ciekawsze – szlifowany z Dawidem Pepłowskim przed wejściem do klatki. Micha się cieszy, patrząc na pozycje Polaka w prosperującej federacji.
Ten mój uśmiech jeszcze szerszy, gdy pomyślę o „akrobatyce MMAsakry”. Pałam nieskrywaną sympatią do Michała Kity, archetypicznego przedstawiciela „starej szkoły”. Rzucili Baturowi „dziadeczka na pożarcie”, który jednak miał ochotę na zwrot akcji, lekko modyfikując scenariusz. Kiedy Kita został obalony, spokojnie pracował aktywnie z dołu. Kiedy Polak obalił, w odpowiednim momencie wygarnął rękę, zapiął balachę i skończył walkę. Nie jestem aż tak brawurowy, by Michałowi Kicie wieszczyć drugą młodość. Niemniej jednak tak doświadczonego zawodnika, weterana wszechstylowej walki wręcz, nie skreśla się nigdy.
Na chwilę przenieśmy się do amerykańskiego potentata, by o ” niekochanym Armanie” słowem wspomnieć. Tsarukyan bezceremonialnie obszedł się z Dan’em Hooker’em, miażdżąc go w każdym elemencie rzemiosła. On najzwyczajniej w świecie „wytarł nim matę”. Gdziekolwiek Hooker miał stanowić zagrożenie, tam został poskromiony. Arman wysoko kopał, siał spustoszenie mocnymi prostymi, a na ziemi się bawił. To wszystko po to, by na koniec dostać „obuchem w łeb”, prosto z rąk organizacji. Tsarukyan nie należy do grona moich ulubieńców, natomiast tittle shot należał mu się „jak psu buda”. Z jednej strony biznes jest biznes. A być może „pokuta” Armana nie ma daty ważności.
Lądujemy w Polsce. Na pierwszy ogień Babilon. Szymon Rakowicz dosadnie potwierdził, że prędzej czy później „wyruszy na głębsze wody”. Kariera Krzysztofa Głowackiego toczy się odwrotnie proporcjonalnie do przewidywanego przebiegu. Z kapitału będącego pokłosiem nośnego nokautu na „Glebie” nie zostało już praktycznie nic. Udany rewanż wziął Szymon Kołecki, rozsiadł się na tronie i napisał przy tym zacną historię – taki pakiecik. Olimpijczyk bez dwóch zdań jest uosobieniem wartości, które niesie ze sobą sport.
Zdaję sobie sprawę, że w obliczu tempa dzisiejszej rzeczywistości, wydarzenia sprzed miesiąca to już prehistoria. Zaryzykuję jednak i wspomnę o ostatniej gali FEN. Rezultat main eventu niespodziewany, przynajmniej dla mnie. Ostrowski dawał się zamykać na siatce, a jego atuty (praca w dystansie, boks, lotność) jakby rozmywały się pod presją rywala. Mateusz Janur doskonale trwa w momentum swojej kariery. Kiedy swoim nie byle jakim płaszczem mięśniowym „otulił” przeciwnika pod postacią gilotyny, los został przesądzony. O tym, czy nowy kontrakt telewizyjny przyniesie pozytywne skutki, dowiemy się za jakiś czas. Póki co zauważalny jest impuls, pokłady energii wtłoczone w szeregii federacji. Przy okazji ostatniej gali odświeżono media społecznościowe, dobrano obfitującą w jakość obsadę dziennikarsko-komentatorską, „tuningowi” uległa również tradycyjna forma ważenia. Minione kroki organizacji FEN określiłbym raczej słowem „reanimacja”, niżeli „pudrowanie trupa”. Najlepszym weryfikatorem będzie rzecz jasna czas.


