
W myśl horacjańskiego wezwania „carpe diem”, Mateusz Gamrot stanął sobotniej nocy przed ogromną szansą, przed „windą”, która mogła transportować go do miejsca „bliskiego gwiazdom”. Kiedy zwycięstwo Charlesa Oliveiry stało się faktem, w sercach pozostało rozczarowanie. Miejmy nadzieję, że „gwiezdna podróż” została wyłącznie odroczona w czasie.
Kontekst całego zajścia
Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że byliśmy świadkami wydarzenia epokowego. Epokowego nie pod względem tego, co ostatecznie miało miejsce w klatce, ale wszystkiego, co sam pojedynek okalało. Rzecz w całym kontekście. Nie zawsze masz okazję mierzyć się żywą ikoną mieszanych sztuk walki, na jego macierzystej ziemi, w walce wieczoru, przy nastu tysiącach szczerze życzących ci klęski widzów. Mateusz Gamrot złapał tę szansę bez zająknięcia, jednakże nie dał rady jej odpowiednio skonsumować. Nasz rodak niewątpliwie zasługuje na wielki szacunek, wszak nałożył na siebie „szablon” nieustraszonego, gotowego zdobywać szczyty wojownika. Bez „Gamera”, występ Oliveiry mógł w ogóle nie dojść do skutku. Nie zgodzę się jednak z opiniami, że Polak nie miał nic do stracenia, wchodząc w bitewny dialog z Brazylijczykiem, o czym później słów kilka. Warto było podjąć to ryzyko, natomiast samo ryzyko wiąże się często również z konsekwencjami.
Wygrał lepszy
Kiedy zobaczyłem pędzącego do klatki „Gamera”, obfitowałem w optymizm. Na ten stan składało się kilka czynników. Przekonanie, że Polak jest w stanie unieść kilkupłaszczyznowy ciężar, z jakim wiązało się starcie. Pewność, co do wolicjonalnej sfery Gamrota. W wątpliwość poddawany był potencjalny głód sukcesu „Do Bronx’a”. Jak chodzi o merytoryczne, czysto fighterskie przesłanki, te rysowały niedzielno-poranne starcie we względnie równych proporcjach. Nie oszukujmy się, rzeczywistość brutalnie zrewidowała wspomniany przeze mnie optymizm.
W aspekcie stójkowym Mateusz Gamrot nie wyglądał źle, a w wielu chwilach może i lepiej od Oliveiry. Hasał, składał proste kombinacje pięściarskie, dobijając się niekiedy do szczęki rywala. Problem w tym, że w żaden sposób nie przeszkadzało to przeciwnikowi w skracaniu dystansu. Kiedy w pierwszej rundzie Gamer obalił, wykorzystując swój zapaśniczy kapitał, na ziemi warunki dyktował Oliveira. To wybierał mu rękę, to wpiął się za plecy. Polak zaś zdawał się obdarzać BJJ rywala sporym respektem, co w żadnym wypadku dziwić nie może. Wracając do wspomnianych pleców, Oliveira nie miał przesadnych problemów, by znaleźć się w drugiej odsłonie za Gamrotem i z chirurgiczną precyzją dokończyć dzieło.
Tego konkretnego wieczoru, Polak na tle „Bronx’a” wypadł zwyczajnie blado. Niebagatelne znaczenie zdawały się mieć również braki kondycyjne spowodowane krótkim obozem. Niech to nie przysłoni nam jednak „krajobrazu” walki. Od pierwszej sekundy zwycięstwo przeznaczone było Charlesowi. Gamrot chwilami próbował wtargnąć na wyłożony dla rywala „czerwony dywan”. Próby okazały się jednak daremne.
Dalsze losy
Mateusz Gamrot być może nie stracił wiele z sensie teoretycznym, formalnym. Zdaje się, że został zachowany status quo, który w moim mniemaniu może za wspomnianą stratę uchodzić. Nie ukrywajmy, notowania Polaka nigdy nie stały zbyt wysoko, co ma odzwierciedlenie w doborze przeciwników. Poprzez starcie w Rio, otworzyła się droga pozwalająca pokonać kilka „szczebli” za jednym zamachem. W związku z tym, że na drodze stanęła niedościgniona póki co przeszkoda, wracamy do punktu wyjścia, a ten dobrobytem „nie grzeszy”. Spodziewam się, że Mateusza Gamrota czeka kilka starć, w których uchodził będzie za „topowego gatekeeper’a”. Żywię nadzieję, że nadejdzie czas, kiedy to Polak znów dostanie szansę „wbicia się w bramy raju”, choć cały proces z pewnością się wydłużył. Jestem jednak przekonany, że „Gamer” łatwo „broni nie złoży”, co uwydatnił poprzez swój imponujący, poetycko ujęty wpis w social mediach.


