Na bitewnym szlaku #16: Strife 15 ; zbyt jednostajny Marek Samociuk

To będzie krótki, acz treściwy mam nadzieję, spacer po bitewnym szlaku. Federacja Strife rozpoczęła nowy rozdział swojej historii, powracając na „łono” stacji TVN Turbo. Literalnie kilka godzin temu z klatki federacji Rizin wyszedł Marek Samociuk – dziś niestety „na tarczy”.

Konsekwencja nie wystarczyła

To dobrze, że Marek Samociuk wierzy w swoje „ścinające drzewa” kopnięcia. Jego potężnie zbudowane, kościsto-mięsiste nogi, potrafią siać postrach, raniąc przeciwników, o czym również dzisiaj zdołaliśmy się przekonać. Problemem Marka Samociuka w dzisiejszym finale Grand Prix federacji Rizin było co innego. Mam przekonanie, że Polak był zbyt czytelny, jednostajny, schematyczny, jednowymiarowy, przewidywalny. Konsekwencja w okopywaniu nogi Soldatkina była dobrą, użyteczną ideą, przynoszącą wymierne korzyści. Problem w tym, że oferta Samociuka, tudzież liczba implementowanych przez niego rozwiązań, była zbyt wąska/mała, nie wystarczająca.

Przejdźmy do bardziej wnikliwego szczebla dyskusji. Przez cały czas trwania pojedynku, główną bronią Polaka były low-kicki. Przy ich wyprowadzaniu, zawodnik z Warszawy, powielał błąd, który można było dostrzec również we wcześniejszych starciach. Rzecz w tym, że Samociuk odkrywał twarz, a przez fakt, że Soldatkin włada większą szybkością, Polak swoje na lico przyjmował. W ogóle dynamika składanych kombinacji zdawała się mieć niebagatelne znaczenie. Na jeden cios naszego rodaka, przypadało kilka Rosjanina. Marek próbował składać serie, natomiast w dużej mierze lądowały one na gardzie przeciwnika. Samociuk uciekał się również do zapasów. Raz udało mu się Soldatkina sprowadzić, co wynikało jednak bardziej z jego błędu. Na ogół próby Polaka były sygnalizowane i mało zaskakujące. Reasumując, Samociuk był dzisiaj w wielu aspektach solidny, ale wciąż o krok za rywalem (oprócz kopnięć rzecz jasna 🙂

Tak, czy siak, za Polakiem przednia przygoda. Trzy starcia na ogromnych, japońskich arenach, w kolebce wszechstylowej walki wręcz. Finał prestiżowego turnieju wagi ciężkiej, a co za tym idzie, zacny wpis do sportowego CV. Masa doświadczeń i krok milowy we własnym rozwoju. Marek Samociuk, w kilka miesięcy, stał się immanentnym elementem ścisłej, polskiej czołówki kategorii ciężkiej.

Strife 15

Można powiedzieć, że więcej działo się w dniach poprzedzających wydarzenie, niż w głównych chwilach tegoż właśnie. Za Arturem Ostaszewskim prawdziwy rollercoaster obfity w niekończące się zarządzanie kryzysowe. My mogliśmy mieć niezły ubaw z „aktów profesjonalizmu” co niektórych „ludzkich zjawisk”. Wspomnianemu matchmakerowi oraz tym, którzy wagowe zobowiązania zrealizowali, z pewnością do śmiechu nie było. Słowem „cyrk” pozwolę sobie nazwać sytuację, w której jeden z zawodników „rozmywa się w powietrzu” na lotnisku, zaś drugi przyjeżdża jak gdyby nigdy nic z blisko 20-kilogramową nadwagą. Cyrk na kółkach, pic na wodę, fotomontaż…

Albert Odzimkowski był odpowiednio nastawioną wersją samego siebie i bez żadnego zająknięcia, zrealizował należący do niego obowiązek. Liczę, że „Złotemu” przestaną doskwierać kontuzje, dzięki czemu będzie miał okazję dowieść własnej, moim zdaniem sporej wartości, w starciu z wysoko notowanym rywalem, najprawdopodobniej na niwie KSW. Michał Bławdziewicz urządza się nam powoli w rzeczywistości MMA. W piątek wzorcowo rozprawił się z lekko-śmiesznym Walterem Luną.

Byłem ciekaw dyspozycji „Kornika” i będąc szczerym, stan faktyczny odzwierciedlił moje oczekiwania. No bo tak, Sowiński wciąż ma balans, unik, „czutkę”, kontrę, tego się nie zapomina. Problem w tym, że to wszystko już jakby zbyt wolno, czemu winny jest wyłącznie pesel. Brawa dla wychowanka STRIFE – Kacpra Cholewy, który dzięki konsekwentnej grze zapaśniczej, dopełnił dzieła.

Bardzo dobre wrażenie wywarł na mnie Bohdan Danylko. Widać, że fighter „Nemesis” ma papiery na dobrego, a co równie ważne – efektownie usposobionego zawodnika. Potrafił przetrwać z Głażewskim trudne chwile w klinczu, natomiast poza nim, Danylko po prostu „płynął”. Stójkowo, w każdym calu przewyższał rywala, a i sam był w stanie wpleść inicjatywę zapaśniczą.

Zejdziemy z bitewnego szlaku tylko na moment. Posypały się angaże w „najlepszej lidze świata”, toteż zapowiada się naprawę płodny okres polskiego MMA. Już niedługo w klatce UFC coś „zmixować” spróbuje Jakub Wikłacz. Karuzela się nie zatrzymuje…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry