
To będzie krótki, acz treściwy mam nadzieję, spacer po bitewnym szlaku. Federacja Strife rozpoczęła nowy rozdział swojej historii, powracając na „łono” stacji TVN Turbo. Literalnie kilka godzin temu z klatki federacji Rizin wyszedł Marek Samociuk – dziś niestety „na tarczy”.
Konsekwencja nie wystarczyła
To dobrze, że Marek Samociuk wierzy w swoje „ścinające drzewa” kopnięcia. Jego potężnie zbudowane, kościsto-mięsiste nogi, potrafią siać postrach, raniąc przeciwników, o czym również dzisiaj zdołaliśmy się przekonać. Problemem Marka Samociuka w dzisiejszym finale Grand Prix federacji Rizin było co innego. Mam przekonanie, że Polak był zbyt czytelny, jednostajny, schematyczny, jednowymiarowy, przewidywalny. Konsekwencja w okopywaniu nogi Soldatkina była dobrą, użyteczną ideą, przynoszącą wymierne korzyści. Problem w tym, że oferta Samociuka, tudzież liczba implementowanych przez niego rozwiązań, była zbyt wąska/mała, nie wystarczająca.
Przejdźmy do bardziej wnikliwego szczebla dyskusji. Przez cały czas trwania pojedynku, główną bronią Polaka były low-kicki. Przy ich wyprowadzaniu, zawodnik z Warszawy, powielał błąd, który można było dostrzec również we wcześniejszych starciach. Rzecz w tym, że Samociuk odkrywał twarz, a przez fakt, że Soldatkin włada większą szybkością, Polak swoje na lico przyjmował. W ogóle dynamika składanych kombinacji zdawała się mieć niebagatelne znaczenie. Na jeden cios naszego rodaka, przypadało kilka Rosjanina. Marek próbował składać serie, natomiast w dużej mierze lądowały one na gardzie przeciwnika. Samociuk uciekał się również do zapasów. Raz udało mu się Soldatkina sprowadzić, co wynikało jednak bardziej z jego błędu. Na ogół próby Polaka były sygnalizowane i mało zaskakujące. Reasumując, Samociuk był dzisiaj w wielu aspektach solidny, ale wciąż o krok za rywalem (oprócz kopnięć rzecz jasna 🙂
Tak, czy siak, za Polakiem przednia przygoda. Trzy starcia na ogromnych, japońskich arenach, w kolebce wszechstylowej walki wręcz. Finał prestiżowego turnieju wagi ciężkiej, a co za tym idzie, zacny wpis do sportowego CV. Masa doświadczeń i krok milowy we własnym rozwoju. Marek Samociuk, w kilka miesięcy, stał się immanentnym elementem ścisłej, polskiej czołówki kategorii ciężkiej.
Strife 15
Można powiedzieć, że więcej działo się w dniach poprzedzających wydarzenie, niż w głównych chwilach tegoż właśnie. Za Arturem Ostaszewskim prawdziwy rollercoaster obfity w niekończące się zarządzanie kryzysowe. My mogliśmy mieć niezły ubaw z „aktów profesjonalizmu” co niektórych „ludzkich zjawisk”. Wspomnianemu matchmakerowi oraz tym, którzy wagowe zobowiązania zrealizowali, z pewnością do śmiechu nie było. Słowem „cyrk” pozwolę sobie nazwać sytuację, w której jeden z zawodników „rozmywa się w powietrzu” na lotnisku, zaś drugi przyjeżdża jak gdyby nigdy nic z blisko 20-kilogramową nadwagą. Cyrk na kółkach, pic na wodę, fotomontaż…
Albert Odzimkowski był odpowiednio nastawioną wersją samego siebie i bez żadnego zająknięcia, zrealizował należący do niego obowiązek. Liczę, że „Złotemu” przestaną doskwierać kontuzje, dzięki czemu będzie miał okazję dowieść własnej, moim zdaniem sporej wartości, w starciu z wysoko notowanym rywalem, najprawdopodobniej na niwie KSW. Michał Bławdziewicz urządza się nam powoli w rzeczywistości MMA. W piątek wzorcowo rozprawił się z lekko-śmiesznym Walterem Luną.
Byłem ciekaw dyspozycji „Kornika” i będąc szczerym, stan faktyczny odzwierciedlił moje oczekiwania. No bo tak, Sowiński wciąż ma balans, unik, „czutkę”, kontrę, tego się nie zapomina. Problem w tym, że to wszystko już jakby zbyt wolno, czemu winny jest wyłącznie pesel. Brawa dla wychowanka STRIFE – Kacpra Cholewy, który dzięki konsekwentnej grze zapaśniczej, dopełnił dzieła.
Bardzo dobre wrażenie wywarł na mnie Bohdan Danylko. Widać, że fighter „Nemesis” ma papiery na dobrego, a co równie ważne – efektownie usposobionego zawodnika. Potrafił przetrwać z Głażewskim trudne chwile w klinczu, natomiast poza nim, Danylko po prostu „płynął”. Stójkowo, w każdym calu przewyższał rywala, a i sam był w stanie wpleść inicjatywę zapaśniczą.
Zejdziemy z bitewnego szlaku tylko na moment. Posypały się angaże w „najlepszej lidze świata”, toteż zapowiada się naprawę płodny okres polskiego MMA. Już niedługo w klatce UFC coś „zmixować” spróbuje Jakub Wikłacz. Karuzela się nie zatrzymuje…


