
Klaudia Syguła zwycięska, choć w bukmacherskich przewidywaniach rolą faworytki jej nie obarczono. Mi taka niespodzianka zupełnie nie przeszkadza. Odbyła się również kolejna odsłona, powracającego po dłuższej przerwie, FEN-u. W Lubinie Damian Rzepecki kolejny raz dowiódł, że czeka go ciekawa, miejmy nadzieję także wielka kariera. Robert Ruchała i Jakub Wikłacz po długiej telenoweli nareszcie znaleźli się w upragnionym rosterze UFC. Na bitewnym szlaku dzieje się więc sporo.
Syguła wraca na zwycięskie tory
Naprawdę wielkie brawa dla Polki, albowiem podniosła się po nieprzynoszącej chluby porażce, przedefiniowała okres przygotowawczy (długi czas spędziła na matach American Top Team), wyszła do pojedynku jako „underdog” i pokonała pewnie Irinę Alekseevą. Patrząc na charakterystykę Rosjanki, jej plan nie był w moim mniemaniu zbyt wyrafinowany. Polowała na jedną serię uderzeń lub samo jedno uderzenie, poszukiwała zwarcia, była gotowa rozpuścić pięści, zresztą całkiem ciężkie. Po nieprzekonującym początku Polka na szczęście dobrze kontrolowała dystans, kuła overhand’ami, nie dawała „pożywienia” rywalce. W trzeciej odsłonie podkreśliła zwycięstwo obaleniem, wcześniej „częstując” Alekseevą backfistem.
Zwycięstwo Polki cieszy, Syguła zawalczyła mądrze i skutecznie. Nie wiadomo, czy po dwóch porażkach federacja spoglądałaby na nią przychylnym okiem, czy może Poznanianka musiałaby zrobić krok do tyłu w swojej karierze. Mimo wszystko, w moim mniemaniu Polka ma nad czym pracować. Nie powala mnie na nogi jej dynamika i mam wrażenie, że czołówka kategorii to jeszcze dość odległa kraina. Tak, czy siak, dzięki zwycięstwu, Syguła wciąż ma platformę (i to tą najlepszą), by ewoluować jako sportsmenka.
Myktybek Orolbai (znany skąd inąd polskim kibicom) rozwalił bez sentymentu Tofiqa Musaeva, zapinając zacną trzeba przyznać kimurę. Następnie Curtis Blaydes uwydatnił kilka swych oblicz. W pierwszej odsłonie „kleił się” do Kunieva pod siatką, walcząc metodycznie, acz niezbyt ciekawie. W drugiej walczył o stabilną postawę na nogach, by na koniec wrócić „z dalekiej podróży”. Pojedynek bardzo bliski, stanowiący pretekst do dyskusji o hierarchii wytycznych/kryteriów dla sędziów punktowych. W co-main evencie Fiziev rozprawił się z młodym Bahamondesem, pokazując, że to jeszcze nie czas na odcinanie kuponów. Walka wieczoru to dowód na „potężny zjazd” Hilla. Rountree imponujący, budujący własne nazwisko, składający mogące się podobać krótkie kombinacje, nie stroniący od potężnych low-kicków.
FEN w Lubinie, czyli 3 razy o pas
Polska organizacja uraczyła fanów wszechstylowej walki wręcz aż trzema starciami o pas mistrzowski. Na pierwszy rzut – waga piórkowa. O tym, że Gracjan Miś będzie niezwykle zdolną w stójce jednostką, wiedzieli wszyscy. Najbardziej, bo z autopsji, wyposażony w taką wiedzę powinien być Miłosz Kruk. Rzecz o latającym kopnięciu, które na Kruku Miś ulokował w trakcie 56 edycji. W sobotę Miłosz oddał jednak pięknym za nadobne i do cna zneutralizował zakusy przeciwnika. Co runda, to obalenie, szukanie wykluczenia kończyn i męka Misia. Obaj panowie stanowią przyszłość polskiego MMA, a FEN jest dobrym miejscem, by siebie w tym środowisku budować.
Nie wygląda dobrze ostatnimi czasy kariera Michała Pietrzaka. Pamiętam jego wyrównane boje z Musaevem, czy Romanowskim. Po tym zawodniku pozostało już niewiele. Sobotnia walka to w zasadzie dla niego ogromna szansa, wszak „wziął” ten pojedynek z doskoku za kontuzjowanego stałego mistrza – Tomasza Ostrowskiego. Wieczór dla Pietrzaka znów okazał się bolesny. Przegrał w płaszczyźnie, która teoretycznie powinna być jego bronią. Nie od dziś jednak wiemy, że zawodnik „Czerwonego Smoka” miewał nie raz problemy z efektywnym wykorzystaniem własnych atutów. Janur, mosiężnie zbudowany, silny fizycznie, wykorzystał moment, zawiesił się na szyi, zapiął estetyczną gilotynę i było po robocie.
FEN staje sie powoli nie wystarczający dla Damiana Rzepeckiego. Innymi słowy – Polak tą grę chyba powoli kończy. W każdym bądź razie jest gotowy na wielkie wyzwania, a w niedalekiej perspektywie wyjazd za ocean może stać przed nim otworem. Jest widowiskowy, przekrojowy, ponadprzeciętny. W starciu z Duńskim, z zimną krwią wykorzystał niedyspozycję przeciwnika, posyłając „bombę na schaby”, brutalnie kończąc starcie. Tak jak w oktagonie Rzepecki idzie raczej przed siebie, tak również jego kariera nabiera niemałego rozpędu. Zobaczymy, jaka przyszłość zarysuje się przed oczyma Polaka. Faktem jest, że na starcia takich zawodników się czeka. Oni zamiast kalkulatora, w rękach mają po prostu rękawice. Obie perspektywy da się jednak na swój sposób wytłumaczyć. Ale to może kiedy indziej.


