
Manchester United zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał. Tottenham pokonany, niektórzy powoli mogą sięgać po telefony i rezerwować termin u fryzjera. Mówię powoli, wszak West Ham sam się nie pokona. Niezwykłą przyjemność sprawiło mi oglądanie francuskiego klasyku, choć zapewniała ją wyłącznie jedna ekipa.
United i Carrick – cudowny mariaż
Kiedy kilka tygodni temu Michael Carrick obejmował stery w Manchesterze, byłem nieco zdystansowany, a nawet sceptyczny. Traktowałem ten angaż jako opcję doraźną, przeprowadzającą „Czerwone diabły” przez drugą część sezonu. Debiut i zwycięstwo w derbach również nie wskrzesiło we mnie wielkich nadziei, wszak uznałem to za powiew świeżości, tudzież efekt nowej miotły. No ale skoro trener Carrick wygrywa dwa spotkania z potentatami, w niedzielę potwierdza z „Kogutami” postępujący proces rozwoju, a swoją klasę regularnie eksponują liderzy zespołu, to tego faceta należy już traktować poważnie.
Do około 40 minuty sobotniego meczu na Old Trafford (momentu czerwonej kartki Romero), obserwowaliśmy spotkanie dynamiczne, może trochę rwane, strzały oddawali Casemiro, Cunha, dogrania Udogiego nie wykorzystał Solanke. Punktem kulminacyjnym, a zarazem determinantą dalszego przebiegu spotkania, oczywiście wspomniany kartonik Argentyńczyka. Z jednej strony, w związku z zaistniałymi okolicznościami, zwycięstwo United niezwykle się uprawdopodobniło. Niemniej jednak muszę docenić przejęcie pełnej kontroli nad spotkaniem, organizację gry, zero podejrzanych ruchów w defensywie. Gdzie widać rękę Carricka oraz jego ludzi ? Gol numer jeden to ewidentnie wypracowany schemat. Między tercetem Bruno-Mbuemo-Cunha zauważalna była nić porozumienia, tworzenie i wykorzystywanie przestrzeni. Poza tym, ci ludzie w ostatnim czasie najzwyczajniej są liderami z prawdziwego zdarzenia. W Manchester United zostało tchnięte życie i optymizm, za co odpowiadają najpewniej wyniki. Carrick i spółka przeżywają miesiąc miodowy.
Tottenham pogrzebał swoje szanse na cokolwiek, jeśli chodzi o Premier League. Na razie powinni skupić się na wygraniu jakiegokolwiek spotkania, bo wygląda to co najwyżej blado. Nie przechodzę obojętnie obok faktu, że ławka „Kogutów” jest krótsza niż ławka rezerwowych. Abstrahując od kontuzji, Tottenham tkwi w momencie, w którym zapewne nigdy nie chciałby być.
PSG ? Lubię to
W niedzielę wieczorem zajrzałem do Paryża i zobaczyłem łomot. Kiedy oglądam ekipę Luisa Enrique, odczuwam realną przyjemność. Intrygujący jest fakt, jak PSG potrafi otworzyć przestrzeń jednym podaniem, czy przerzutem. Dla obrońców Marsylii wszystko działo się zbyt szybko. W komentarzu na INSTAGRAMIE napisałem, że momentami wyglądało to jak gierka pod blokiem, a Ousmane Dembele to ten najlepszy na osiedlu. Francuz urządzał sobie tory przeszkód, mijał rywali jak tyczki, grał tak, jak na zdobywcę złotej piłki przystało. Cały konstrukt o nazwie PSG opisywała lekkość, łatwość, finezja. Naszła mnie taka refleksja. W poprzednim roku drużyna Enrique rosła z biegiem czasu. Kandydatem do zwycięstwa w Lidze Mistrzów stała się w momencie wyeliminowania Liverpoolu. Teraz też niewiele się o nich wspomina. Na potentatów kreowani są Bayern, czy Arsenal. Czas pokaże, czy ekipa z Parc Des Princes znowu nie wywinie jakiegoś numeru.
Spoglądając na liczbę ruchów kadrowych, Marsylia chyba nigdy nie przestaje być w budowie. By być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że niektóre z nich są naprawdę interesujące (Timber, wypożyczenie Nwaneriego). W niedzielę widziałem zespół stłamszony, gdzie moją uwagę zwrócił wyłącznie waleczny, wszędobylski Gouri. Oczywiście, mierzyli się z potęgą, drużyną niemal kompletną. Można jednak przegrać w inny sposób, niżeli zbierając manitę. Ostatnimi czasy Marsylczyków dotknęło również wstydliwe pożegnanie z Champions League. W związku z tym, rzeczywistość mogłaby być nieco bardziej kolorowa.
Szybka wycieczka po Europie
Dominik Szoboszlai był bezsprzecznym bohaterem niedzielnego hitu na Anfield. Co prawda raz w pozytywnym, raz w negatywnym kontekście, ale był. Ósma porażka Liverpoolu w sezonie, jest tego zbyt dużo. W Hiszpanii Barcelona oraz Madryt srogo zdystansowały całą resztę. We Włoszech Inter ustabilizował się na wysokim poziomie, czego odzwierciedleniem tabela. Wszyscy inni możni się potykają, „Nerazzurri” przechodzą suchą stopą. Jeśli chodzi o dół, Fiorentina powinna się wygrzebać, natomiast Pisa oraz Verona jakby bliscy wyroku. Gaworzyłem sobie o PSG, o Marsylii, tymczasem wspomnienie nazwy Lens należy im się jak psu buda. W Polsce u progu rundy rewanżowej karty rozdaje Jagiellonia. Legia bez zmian, podobnie Widzew. Póki co, na bogato było tylko w gabinetach, bo na boisku wciąż biednie.
Zajrzyj na INSTAGRAMA – zapraszam 🫡



