
Stałe fragmenty, konkretniej rzuty różne, odpowiadały za jakikolwiek koloryt we wczorajszych Derbach Londynu. Wyłączając cornery, oglądaliśmy spotkanie spłowiałe, z pojedynczymi impulsami. Skrajnie inaczej sprawy mają się we Włoszech. Nagroda za wrażenia artystyczne w lutym jednogłośnie trafia do Juventusu, choć oni woleliby raczej wygrywać.
Monotematyczny Arsenal
Cóż, z fragmentów „papierowego hitu” na Emirates moglibyśmy sporządzić co najwyżej średniej jakości trailer filmu. Zacznijmy od pierwszej części. Chelsea próbowała konstruować i najczęściej zatrzymywała się na drugiej linii przeciwników. Jasne, sytuację po rzucie wolnym miał Sarr, obaj bramkarze nie popisali się wyprowadzeniem futbolówki. Niemniej wciąż nie mówimy o owocach niezłej akcji. Z gry „Kanonierów” również niewiele wynikało, ale jak trwoga, to do rzutów rożnych. W zasadzie „The Gunners” wpakowali dwie bramki do obu bramek.
Z dala od zagadnienia meczu wtrącę małą obserwację. Zauważyłem, że w kontekście wykonywania cornerów, wzrosła częstotliwość piłek dokręcanych do bramki. A nóż zaistnieje jakieś korzystne zamieszanie. Wracając na Emirates, miałem wrażenie, że w drugą połowę lepiej weszła Chelsea. Udokumentował to chociażby strzał Enzo. Drużyny lepsze od dobrych odróżnia między innymi umiejętność przejścia suchą stopą przez trudniejsze chwile. Arsenal wykonał więc rzut rożny, strzelił bramkę, czerwoną kartkę złapał Neto, a proporcje diametralnie się odwróciły. I tak dojechali z korzystnym rezultatem do końca tego wątpliwej jakości widowiska.
Arsenal wygrał wczoraj cholernie ważne spotkanie. Być może trafniejszym sformułowaniem byłoby „przepchał butem”. Zrobił to zresztą nie pierwszy raz, a w dodatku z trudnym, renomowanym rywalem (w jakim momencie by Chelsea nie była). W związku z tą victorią, wciąż wszystko zależy od ekipy Artety. Terminarz jest stosunkowo przyjemny, choć zawierający punkt kulminacyjny, kluczową rubrykę, czyli starcie z City. Nie sądzę, by ktokolwiek wspierający Arsenal, zrzymałby się na styl. Tam teraz liczą się wyłącznie punkty skorelowane z głodem sukcesu. Choć Arteta minimalizuje ryzyko, szyje grę na wymiar zwycięstwa, wpadki się zdarzają (w lutym nawet dwie). Tak, czy siak, cały sezon powtarzam, że „Kanonierzy” dojrzeli do tytułu i swojego zdania nie zmieniam.
Roma zgubiła złoto
Zanim o wydarzeniach boiskowych sensu stricto, to kilka słów skupiających szerszą perspektywę. Osadźmy wczorajszy wynik we włoskiej rzeczywistości. Roma miała w rękach złoto, a skończyła z marnym remisem. W innych okolicznościach ten sam remis mógłby być cenny. Tymczasem przyjechał teoretycznie wypruty z sił Juventus, rzymianie prowadzą dwoma bramkami i w niewyjaśniony sposób tracą boiskowy dobytek. W konsekwencji Roma wciąż pozostaje bez zwycięstwa z topowym zespołem. Punkt siedzenia Juve każe sądzić, że oni ten punkt zdobyli, co w obliczu ostatnich klęsk, jest promyczkiem nadziei na lepszą przyszłość.
Pierwsza połowę możemy określić mianem wyrównanej, intensywnej, ciekawej dla oka, okraszonej pięknym golem Wesleya. W komentarzu na INSTAGRAMIE napisałem, że momentami wyglądało to tak, jakby środek pola służył wyłącznie celom ofensywnym. Dogodne okazje mieli Pisilli, Pellegrini, czy Malen. Zagrożenie pod bramką gospodarzy rodziło się choćby za przyczyną błędów Cristante. Juventusowi brakowało odpowiednich decyzji, ale przede wszystkim dokładności w ostatniej fazie. W tym wypadku swoje za uszami miał nawet Kenan Yildiz.
Druga połowa, jak się okazało, piękna połowa, rozpoczęła się od bomby niezbyt produktywnego wcześniej Conceicao. Reakcja Romy była szybka, konkretna, podwójna. Nie postawiłbym złamanego grosza na powrót „Starej Damy” z tak dalekiej podróży. A jednak. Juve specjalizuje się ostatnimi czasy w pogoni za wynikiem (Inter, Galatasaray), choć na koniec dnia starania okazywały się być daremne. Wczorajszy punkcik może mieć kluczowe znaczenie. On daje ekipie Spalettiego tlen w walce o Lidze Mistrzów, która jeszcze około 70 minuty zdawała się odjeżdżać. Co do indywiduów, wyróżniłbym między innymi wspomnianego Pisiliego. Malen udowadnia, że jest lekarstwem na bolączki Romy. Po stronie Juve kluczowy wymiar miały zmiany. Nieustannie zachwycam się dwójką Kone – Thuram, choć wczoraj zawodnik gości trochę mniej radował moje oko.
Cała reszta z naciskiem na Polskę
Tym, co łączy Premier League z polską Ekstraklasą, jest potencjalny spadek wielkich firm. Tottenhamowi nie wypada bagatelizować problemu, bo niedługo znajdzie się w miejscu, gdzie nigdy nie chciał się znaleźć. Podobnie łódzki Widzew, który zanotował kolejną porażkę, tym razem w Szczecinie. Jak chodzi o Pogoń, ta uległa skrajnej metamorfozie w kontekście obrazu gry. Trzy zwycięstwa z rzędu dają „Portowcom” jakiś bufor bezpieczeństwa. Ten bufor jest jakiś, bo powiedzieć, że tabela jest podatna na zmiany, to nie powiedzieć nic. Zerkałem na hit w Białymstoku. Najpierw widziałem różnicę klas i zupełnie inną kulturę gry na korzyść Jagielloni. Potem widziałem waleczną, szarpiącą, wydzierającą remis Legię. Po południu odbył się inny hit. Rzecz o meczu w Poznaniu o roboczym tytule „Hulanki i Swawole”. Lech przeżywa naprawdę dobry okres. By spiąć akapit angielską klamrą, dodam, że do podium dokopał się Manchester United. Zjawisko dawno niewidziane, acz prawdziwe.
Zapraszam na INSTAGRAMA 🔥



