Zawsze skuteczna analiza wsteczna #28: Inter i Juve wzniecają ogień ; Malen nie wystarczył

Dzisiaj wybieramy się do Włoch. Choć czasami zżymamy się na niezbyt efektowne uroki włoskiej piłki, tak teraz dostarczono nam emocji po sam sufit. W sobotę ogniste Derby Włoch, gdzie doświadczyliśmy pełnego pakietu – bramek, kontrowersji, wartkiej, dynamicznej akcji. W niedzielę mniej rozpalający hit w Neapolu ( nie mylić ze sformułowaniem „mało ciekawy” ). Najzwyczajniej poprzeczka została wzniesiona w chmury.

Zieliński on fire

Pierwsza połowa była falista, koniec końców niezwykle proporcjonalna, ale tocząca się cyklami. Cambiaso oraz Henrique raz coś dali, raz zabrali, choć ten pierwszy miał niewiele do powiedzenia przy własnym samobóju. Inter strzelił bramkę, szturmem ruszyło Juve. Domyślam się, że „Nerazzurri” celowo wyczekiwali sprzyjających faz przejściowych. Długo się nie naczekali. Juve było przekonujące i konkretne, co uwiarygodnił bramką wspomniany Cambiaso. Potem okrągły przedmiot znów wziął Inter, także wyglądając z nim dostojnie. Piotr Zieliński miał sytuację jeszcze w pierwszej części, po zacnym dograniu bodajże Locetellego. W tej analizie dochodzimy do momentu kluczowego, momentu kontrowersyjnego. Druga żółta kartka Kalulu w moim mniemaniu niesłuszna, choć nie przynosi zawodnikowi chluby samo danie pretekstu. Tak, czy siak, ważne były konsekwencje. Jak się okazało, nie tak opłakane w skutkach, jak się spodziewałem.

Jak pisałem w komentarzu na INSTAGRAMIE, okoliczności zdawały się tworzyć autostradę dla Interu Mediolan. Mimo wszystko, Juventus zakasał rękawy. „Stara Dama” mogła przeżywać swoje piękne chwile już na początku drugiej części w wyniku zamieszania w polu karnym. Wówczas w akcji pogubił się trochę bardzo dobry w sobotę McKennie. Kapitalne spotkanie rozgrywał Locatelli, z biegiem minut in plus ewoluował Di Gregorio. Biało-czarni bazowali na intensywności, gonili ile sił w płucach, co w konsekwencji i tak nic nie dało. Doceniam kunszt Pio Esposito, człowieka o cechach pociągu pospiesznego – Federico Di Marco. Niemniej jednak główna rola należała do posiadającego doktorat na piłkarską magię Piotra Zielińskiego. Abstrahując od zdobytej bramki, Polak kilkukrotnie jednym ruchem stwarzał przestrzeń dla kolegów. Imponuje pewność, w którą przyoblekł się ten facet. Zieliński oraz Chivu to nie jest historia miłości od pierwszego wejrzenia. Teraz „Zielu” jest postacią fundamentalną dla pędzącego po scudetto Interu.

Roma może żałować

Za półmetkiem pierwszej części Roma zdawała się mieć kontrolę nad spotkaniem. Szybko zdobyta bramka wysuniętego Malena, szczelna defensywa, szafowanie intensywnością zakładanego pressingu. Posiadanie Napoli było bezproduktywne. Akcje często schodziły do lewej strony, gdzie nie odbywał się ciąg dalszy. Diamencik Vergara wczoraj był zwyczajnie irytujący, zbyt łatwo gubiący piłkę. Hojlund nie miał łatwego życia – częściej uprawiał zapasy, niż grał w piłkę. Futbol determinowany jest jednak przez momentu. Tym momentem był szczęśliwy rykoszet i gol Spinazzoli. Nastąpił mały zwrot. Na drugą połowę bardziej pobudzona wyszła ekipa Conte. Interwencja Svilara powstrzymała ich od wyjścia na prowadzenie. Potem znowu miał miejsce krótki impuls. Rajd Wesleya, karny, Malen błyszczy, Roma prowadzi. Oprócz faktu, że piłka nożna jest grą bazującą na momentach, tworzą ją również intrygujące ludzkie historie. Wszedł taki debiutujący Alisson Santos, zapakował bramę dającą remis i o Brazylijczyku wie już każdy Neapolitańczyk.

Co prawda Roma dopisuje punkt z silnym rywalem ( a to nie uchodzi za oczywistość ), ale mam wrażenie, że musi towarzyszyć im srogi niedosyt. Rywal pozbawiony filarów środka pola, a w dodatku niewybitnie dysponowany. Malen jest jaki jest ( więcej o Holendrze tutaj: Zawsze skuteczna analiza wsteczna #26: Juventusie, to była przyjemność ; daremne wysiłki Romy – Bezkres sportu ), ale Romie trafił się jak ślepej kurze ziarno. No cóż, walka o Ligę Mistrzów wre.

Co tam w Europie ?

Zacznijmy od rodzimego gruntu. Lech wrócił na właściwą ścieżkę. Widzew w końcu korelował na boisku ze skalą zimowych przedsięwzięć. Lechia od pasa w górę jest imponująca, a gdyby nie minusowe punkty, pukaliby do strefy medalowej. Jak o Hiszpanię chodzi, Villareal to już nie jest ten sam Villareal, zaś Atletico kołem się toczy. W środę gały mi wychodziły z orbit, byłem wręcz oczarowany ich boiskową aparycją. Wczoraj dla równowagi zebrali trójkę od Rayo. Tydzień temu wystosowałem pieśń pochwalną dla ekipy z Paryża. Sebastian Szymański i spółka ją wzięli i podarli. A propo Polaków, Nicola Zalewski dopisał urodziwy konkret. A baraże już tuż tuż…

ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 🫡

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry