
Gorzowska gala długo nie przysparzała ciarek – brakowało zapalnika. W końcu nie tylko dostałem iskrę, ale realny ogień, którym mógłbym ogrzać dom podczas zimy. Panowie Kurek, Piwowarczyk, Zając oraz Romanowski – kłaniam się nisko. Jak chodzi o main event, Adrian Bartosiński zrealizował cel nadrzędny, co w jego przypadku miało fundamentalne znaczenie.
To tylko i aż zielony kwadracik
Zanim na walkę wieczoru XTB KSW 116 spojrzę w nieco szerszym obiektywie, to kilka zdań o wydarzeniach klatkowych sensu stricto. W oktagonie bez zaskoczeń, jeśli chodzi o zestaw eksponowanych atutów. Małe zdziwienie wzbudzała we mnie kwestia efektywnego ich użycia w kontekście Adriana Bartosińskiego. Zacznijmy od Madarsa Fleminasa. Łotysz hasał po oktagonie, kuł ciosami prostymi, wykorzystywał długie ręce, był jednostką niewygodną. „Łotewski Express” nie pozostawał jednak nieuchwytny, aczkolwiek należy pochwalić fakt, że na ziemi nie dał zrobić sobie krzywdy. Teraz do „Bartosa”. Mówiąc o nieefektywnym użyciu atutów, mam na myśli ociężałość, toporność, brak oczekiwanej gargantuicznej przewagi w rzemiośle parterowym. Wpływ na ten stan rzeczy z pewnością miało trudne zbijanie wagi.
Co się tyczy punktowania, zwycięstwo w moich oczach należy do Bartosa, choć obok znacznego ono nie stało. Fleminas miał ogromną przewagę w liczbie wszystkich uderzeń. Kiedy popatrzymy na te znaczące, przewaga nie wygląda już tak okazale. Bartosiński kontrolował rywala na ziemi przez spory fragment starcia. Pytanie, czy wypełniał treścią kryterium efektywnego grapplingu. Moim zdaniem tak (przejścia pozycji, pojedyncze próby poddań), choć nie nadzwyczaj obficie. Uważam, że Madars urwał rundę, może nawet dwie, ale na tym wyliczanie się kończy.
Adrian Bartosiński ewidentnie obliczał swoje działania na odniesienie zwycięstwa. W komentarzu na INSTAGRAMIE pokusiłem się o tezę, że Polak jest w takim momencie kariery, kiedy każdorazowe potknięcie może kosztować przyszłość. W tym kontekście mówimy o aż zielonym kwadraciku. Spoglądając jednak na styl, estetykę, oczekiwania potencjalnego przyszłego pracodawcy, zielony kwadracik nieco traci na intensywności swojego koloru.
Zero kalkulacji, gladiatorzy w akcji
Dzisiejsze MMA charakteryzuje znacząca rola elementu taktycznego. Dobrze raz na jakiś czas obejrzeć starcie, które spowija esencja tego sportu – brutalna, pozbawiona półśrodków, bitewna wymiana zdań. Starcie Damiana Piwowarczyka z Sergiuszem Zającem to niepodważalny kandydat na walkę roku. Przejdźmy do srogiej merytoryki pojedynku. „Damsyn” może i chciał rozwiązywać sprawy metodycznie, ale Zając postawił w tej sprawie wyraźne veto. Sergiusz najprawdopodobniej miał świadomość szybkich ubytków kondycyjnych, co nie powstrzymało go przed zmasowanym atakiem. Wraz z kolejnymi minutami starcia, coraz więcej przestrzeni zyskiwał Piwowarczyk. Ten fakt nie zwalniał go jednak z pozostania czujnym. Zając momentami wyglądał jak zraniona zwierzyna, która z każdą raną staje się bardziej niebezpieczna. Działanie na tzw. autopilocie było naprawdę imponujące. Piwowarczyk wygrał, bo zachował więcej zimnej krwi, lepiej gospodarował siłami, świetnie pracował na rozerwaniu. Damsyn w pełni zasłużył na rewanż z Rafałem Haratykiem.
Drugim z dowódów na piękno mieszanych sztuk walki był pojedynek Bartosza Kurka z Tomaszem Romanowskim. Weryfikacja fightera Top Team Częstochowa przebiegła śpiewająco. Starcie biegło według powtarzającego się schematu, ekscytującego schematu. Romanowski w znamienny dla siebie sposób skracał dystans, nisko kopał, poszukiwał przestrzeni na uruchomienie atomowej lewej ręki. Bartosz Kurek często robił to, czego teoretycznie powinien unikać (dawał zamykać się na siatce). Choć większość ciosów przyjmował na gardę, swoje wycierpiały brzuch i okolice. Kiedy Romanowski kończył przygotowane kombinacje, Kurek odprowadzał go celnymi bombami na środek klatki. Problemem „Tommy’ego był fakt, że im dalej w las, tym jego ciosy coraz mniej oddziaływały, a i jemu brakowało charakterystycznej dynamiki. Każda runda była odsłoną bliską, ale w każdej Kurek zdawał się być o krok przed przeciwnikiem.
Pozostałe wątki XTB KSW 116
Bartosz Leśko wykonał należące do niego zadanie, nie dając Szewczykowi jakichkolwiek argumentów. Wieczoru w Gorzowie do udanych z pewnością nie zaliczy Ewelina Woźniak. Porażka okupiona bolesnymi chwilami, urazem, pobytem w szpitalu. Pozostaje życzyć szybkiego powrotu do zdrowia. Równolegle należy docenić Dourthe. Francuzka nie pozwoliła rozpędzić się Polce, tłumiła jej zapał, przeważała fizycznie. Choć pojedynek Formela vs Mendlewski nie spełnił wysokich oczekiwań, cenię dojrzałą postawę zwycięzcy. Realizował kluczowy cel, bazował na atutach, nie wykonywał ryzykownych ruchów. Zacny potencjał trzeciej batalii szybko zniweczyła przykra kontuzja Kawy. Brawa dla Damiana Mieczkowskiego. Wrócił z dalekiej podróży, mobilnie pracował na nogach, znalazł drogę do przełamania Kowalskiego. Inauguracja XTB KSW 116, to robota z gatunku szybkich i przyjemnych.
ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA 👊



