Top-spiele #20: RB Lipsk już witał się z gąską ; Eintracht zatuszował łomot

W Lipsku miało być hitowo i było hitowo. Określiłbym to spotkanie poniekąd przewidywalnym w swoim emocjonującym przebiegu. Eintracht wykonał makijaż wyniku, choć trzeba przyznać, że Bayern trochę im w tym retuszu pomógł. Jak chodzi o „walkę o spadek”, ukształtowała się „czołowa” piątka.

RB Lipsk nie wytrzymał

Dostrzeżenie planu taktycznego ekipy Ole Wernera nie wymagało przesadnej spostrzegawczości. Pchali akcje lewą stroną, czyli tam, gdzie BVB posiadało największe ubytki. Luca Reggiani to najzwyczajniej jeszcze nie jest zawodnik na ten poziom. Sobotniego popołudnia, w defensywnych zadaniach, nie najlepiej spisywał się również Julian Ryerson. Raz dograł Diomande, innym razem Raum, zaś miejsce w polu karnym dwukrotnie znajdywał i wykorzystywał wbiegający Baumgartner. Jak chodzi o BVB w pierwszej połowie, sytuację zmarnował Beier. Poza tym mdle, bezbarwnie.

Wspomniałem w tytule o pewnej przewidywalności w kontekście przebiegu spotkania. Mam na myśli szczególnie drugą połowę. Borussia szybko upomniała się o bramkę kontaktową. Choć mówimy o samobóju, warto wspomnieć kto dogrywał piłkę. Waleczny Norweg ostatnio spełnia się jako niezawodny asystent. W związku z tą kontaktową zdobyczą, mam wrażenie, że oba zespoły osadziły się w strefie komfortu. RB Lipsk specjalnie nie wyrywał się do ofensywnych szarż, bo i po co. Borussia nie musiała szturmem odrabiać wielkich strat, toteż zamiast rzucać wszystko na szalę, czekała na swe ulubione szybkie przejścia. To pierwszy powód dla tezy o przewidywalności. Drugim jest sposób zdobycia wyrównującego gola, czyli oczywiście faza przejściowa. Trzecim jest fakt, że drużyna Wernera znów trwoni swoją pracę (wcześniej z Mainz, czy St.Pauli).

Zajęcie miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów to dla RB Lipsk absolutny obowiązek. Od początku sezonu jak mantrę powtarzam, że na ich korzyść powinien grać brak pucharowych zobowiązań. W listopadzie mówiłem, że Lipsk zyskał stabilizację (Top-spiele #14: Nie znają słowa litość ; Lipsk zyskał tożsamość i stabilizację – Bezkres Sportu. Powiedzieć, że w ostatnich miesiącach uleciała, to nie powiedzieć nic. Ciężko ten fakt tłumaczyć. Bo o ile niektóre pozycje można obsadzić lepiej, to sumaryczny potencjał poszczególnych ogniw wręcz wylewa się wiadrami. Baumgartner gra sezon życia. Diomande okazał się strzałem w dziesiątkę. Nusa, Ouedraogo, Raum – to przecież także uznane nazwiska. Wypożyczono Bryana Grudę, który z miejsca zameldował się w jedenastce. Mimo wszystko kilka kwestii się nie zgadza. Między innymi defensywa, która w grudniu poszła i dotąd nie wróciła.

Przewaga w każdym calu

Komentatorzy często lubią używać „porównań szkolnych”, by zobrazować skalę zjawiska. W kontekście meczu Bayernu z Eintrachtem, pierwsza połowa wyglądała tak, jakby licealiści grali z pierwszakami. Kiedy zbudowali wystarczającą zaliczkę, dali młodym coś strzelić, by nie opuszczali boiska ze zwieszoną miną. W pierwszej części Bawarczycy nie dawali wychodzić rywalom spod ich pola karnego. Doliczyłem się kilku wypadów wykraczających poza połowę, raz niezłą piłkę na bucie zmarnował Bahoya. Bayern grał jak chciał, robił co chciał, schował Eintracht do kieszeni. Im dalej w las, tym śmielszy Frankfurt, ale i chyba nieco bardziej rozluźnieni gospodarze. Ciężko inaczej uzasadnić babol, którego dopuścił się Kimmich.

Spotkanie w Monachium nie jest najlepszą próbką, by na jej podstawie wstępnie oceniać pracę Riery. Nie dajmy umknąć faktowi, że ironicznie mówiąc, ekipę z Deutsche Bank Park „rozpieszczają” kontuzje. I mówimy raczej o postaciach ważnych. Jedna taka powróciła w sobotę. Burkardt jest potrzebny zespołowi, jak nikt inny. Sporo napastników przewija się przez Frankfurt. Wielu z nich zalicza niemalże pusty przelot (Wahi, Batshuayi). Burkardt jest gwarantem niezłych standardów. Apropo urazów, z boiska przedwcześnie zszedł Davies. Niech Kanadyjczyk wraca jak najszybciej. Swoimi urazami mógłby obdzielić kilka karier.

Podziemia Bundesligi

Wyklarowała nam się piątka „szczęśliwców” walczących o bundesligowy byt. Heidenheim funkcjonuje w podziemiach od początku kampanii i wita kolejnych towarzyszów niedoli. Sądzę, że jesteśmy w momencie, kiedy końcówka nieco się utwardziła, choć znikome różnice punktowe na to nie wskazują. W tej tezie biorę jednak pod uwagę pewną tendencję. Werder nie wygrał meczu od 7 listopada, zaś Wolfsburg i Gladbach od grubo ponad miesiąca. Wspomniana trójka zjeżdża w dół po równi pochyłej. Murowanym „faworytem” do spadku Heidenheim. Mimo zacnego momentu, bezpiecznie nie może czuć się St.Pauli. Gdyby drużyny Schmitta oraz Blessina miały choć trochę więcej indywidualnej jakości, „tym zjeżdżającym” jarałby się grunt pod nogami. A tak być może spadną na cztery łapy.

Zupełnie bez związku z wyższym wywodem, zakończę artykuł wspomnieniem o cudownej bramce Ache i docenieniem polskich wątków. Kamiński się odblokował liczbowo, Potulski zbiera doświadczenie i pokrzepiające krzepiące słowa Fishera, zaś Pyrka stanowi niepodważalny pierwszy wybór Blessina. Brawo !

Serdecznie zapraszam na INSTAGRAMA 🔥

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry