Na bitewnym szlaku #23: Polski koncert pod batutą maestro Wikłacza

Trzy zwycięstwa trzech polskich muszkieterów na delegacji w Las Vegas. Zrzymaliśmy się na ostatnie, toczone ze zmiennym powodzeniem zagraniczne wojaże naszych rodaków. Jak zaczynać nowy rok, to z takim przytupem, jaki mieliśmy okazję oglądać sobotniej nocy. Rozpoczęła Syguła, zakończył Oleksiejczuk, a między nimi jedyny w swoim rodzaju – maestro Wikłacz.

Wikłacz zadbał o emocje

Pierwsza odsłona bardzo wyrównana, choć w drugiej jej części rysowała się drobna przewaga Gafurova. Jak chodzi o Polaka, operował głównie ciosami prostymi, pozostawał w dystansie, kopał frontalnie, często imał się klinczu. Tadżyk dobrze pracował na rozerwaniu tegoż właśnie klinczu. Poza tym, ze sporą częstotliwością sięgał po uderzenia, czy middle kicki na schaby.

Drugi rozdział tej historii to one man show w wykonaniu Wikłacza. Najpierw obalił rywala kopnięciem, potem go skontrolował na ziemi, a potem wstali. Gafurov jeden wie, dlaczego chciał ponownie zejść na ziemię z grapplerem tej klasy. No ale jak chciał, to zeszli. A Wikłacz jednym, finezyjnym ruchem przetoczył Tadżyka i poszukiwał trójkąta rękoma.

Zagadnienie trzeciej odsłony rozpocznę trochę od tyłu. Wielki dziw mnie wziął, widząc karty punktowe, wedle których zwyciężył Wikłacz. Gafurov parł do przodu, składał proste kombinacje głównie okrężnych ciosów na tułów. Polak próbował stawić czoła w dystansie, ale ewidentnie brakowało prądu. Momentami wyglądało to jak odpędzanie muchy ( muchą był Gafurov ) . Wikłacz muskał pojedynczymi, mało efektywnymi, lekkimi ciosami lub kopnięciami. Niemniej jednak znowu nastąpił mało zrozumiały schemat. Nie wiadomo, czemu Gafurov chciał obalać, ale wiadomo, że za swój błąd słono zapłacił. Cudowne wpięcie Wikłacza, który jakby wszelkimi siłami witalnymi dusił przeciwnika.

Początek drogi Polaka w UFC jest prawie jak ze snu. Nie chodzi tu tylko o suchą statystykę dwóch zwycięstw ( choć ten fakt pozostaje najważniejszy, szczególnie triumf z faworyzowanym Mixem ), ale sposób, w jaki zmaterializował sobotnią victorię. Po cichu ( choć teraz już nie po cichu) liczę, że kolejnym krokiem będzie starcie rankingowe.

Syguła i Oleksiejczuk dopełniają obraz

Pod kątem taktycznej realizacji planu, Klaudia Syguła odwaliła kawał zacnej roboty. Nie obędzie się jednak bez dwóch „ale”. Pierwszym pojedyncze momenty, kiedy Polka ulegała bitewnej żądzy i wdawała się w krótkotrwałe zwarcia. Drugim wolne, czytelne, w konsekwencji niebezpieczne dla inicjatorki wejścia w nogi. Generalnie rzecz ujmując, Syguła orbitowała po oktagonie, kontrolując pojedynek w półdystansie. Oddalała przeciwniczkę frontalnymi kopnięciami, stopowała nieźle pracującym lewym prostym. Głównym narzędziem, a zarazem szansą Cachoeiry, była pozbawiona kalkulacji bijatyka. Brazylijka próbowała wzniecić takową w trzeciej odsłonie. Niemniej jednak Polka zachowała zimną krew, konsekwentnie uciekając spod topora. Pewne, pozbawione wątpliwości zwycięstwo Klaudii.

Nieraz już chwaliłem braci Oleksiejczuk za przywdzianie barw „Fighting Nerds” (na przykład tutaj: Na bitewnym szlaku #14: Profesor Oleksiejczuk ; fajerwerki w Chicago – Bezkres sportu). Michał kolejny raz udowodnił, że od jakiegoś czasu jego kariera biegnie należytym kierunkiem. W charakterystyczny dla siebie sposób mieszał płaszczyzny uderzeń, pracował lewą ręką z pozycji odwrotnej (choć prawe okrężne sierpy także wchodziły w ruch). Elementem, którego jeszcze kilka starć temu na próżno było szukać, a teraz jest uwydatniany (przynajmniej tak mi się wydaje), są kopnięcia. Oleksiejczuk naznaczał Kanadyjczyka choćby wewnętrznymi low kickami. Barriault swoich szans upatrywał rzecz jasna w bliskim kontakcie. Trzeba przyznać, że kilka takich momentów klinczo-podobnych upolował. Na ogół, jak to on, poruszał się stosunkowo mozolnie, choć twardości Kanadyjczykowi odmówić nie można. Rezultat starcia klarowny, pozbawiony kontrowersji.

Trzecie z rzędu zwycięstwo Oleksiejczuka, niezwykle okazały bonus, innymi słowy – „Husarz” zgłasza aspiracje. Warto podkreślić fakt przewalczenia pełnego dystansu. W kontekście Michała nie jest to częste zjawisko, a sądzę, że cenne. Zawsze to większy poligon doświadczalny, materiał do autorskiej analizy, przestrzeń do weryfikacji szlifowanych w trakcie przygotowań elementów. A Michał przecież nieustannie swój warsztat rozwija. To co, starcie rankingowe ? Nie obraziłbym się.

Zapraszam na INSTAGRAMA 🫡

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry