
Jeśli ktoś pragnie zrobić dobre pierwsze wrażenie, rekomenduje kontakt z Iwo Baraniewskim. Jan Błachowicz oznajmił swoim występem, by wstrzymać się jeszcze z wysyłaniem go na emeryturę. Na pytanie, czy KSW gubi ideały, odpowiadam że nie. Na pytanie, czy KSW wykonało „drobnego fikołka”, odpowiadam tak.
Debiut marzenie ; Jan nie odcina kuponów
Iwo Baraniewski z „drzwiami wtarabanił się” w szeregi globalnego potentata. Zwycięstwo, runda spod szyldu „Paczuski vs Zerhouni – wersja UFC”, innymi słowy „Jeden wielki highlight”. Poza tym przedstawienie się całemu światu mieszanych sztuk walki, a „na deser” sowity bonus. Czegoś nie wymieniłem ? Pojedynek oczywiście mógł potoczyć się w zupełnie inny sposób, wszak przypominał on taniec na linie, cienkiej linie. Sporo luk defensywnych u Polaka, szczególnie w pierwszych sekundach starcia. Zafundowanego widowiska nie nazwałbym jednoznacznie „festiwalem cepów weselniaków”. Baraniewski nieustannie polował na krótkiego, prawego sierpa. Chował się pod siatką za podwójną gardą i w optymalnym momencie inicjował ten właśnie cios. W końcu soczyście siadło, na jego i nasze szczęście. Nasza wiedza o usposobieniu Iwo na długim dystansie wciąż jest nikła, ale kto by teraz na to narzekał.
W klatkowej dyspozycji Jana Błachowicza zauważalne są już pewne deficyty szybkościowe, motoryczne. Te deficyty odwołują się głównie do peselu polskiego mistrza. W karierze sportowca przychodzi moment, kiedy różnego rodzaju parametry zmieniają zwrot (zamiast iść w górę, to powoli idą w dół). Naturalna kolej rzeczy. Niemniej jednak możemy być dumni z „Cieszyńskiego Księcia”. Pierwsza runda raczej bezpieczna, Jan dobrze pracował prostym, kontrolował dystans, a i uskuteczniał swoje atomowe niskie kopnięcia. Guskov kilka razy uprzedził Polaka, co nie miało jednak wpływu na rezultat rundy. Druga potyczka, czyli jedna wielka męka. Trzecia odsłona (zwłaszcza jej końcówka) to Błachowicz „wciąż głodny”, chcący odrobić dotkliwe straty z poprzedniczki. Nie ma Polak szczęścia do sędziów, którzy tym razem podjęli jednak sprawiedliwą decyzję, przynajmniej w mojej optyce.
Występ wyjęty z podręcznika
Żeby zwyciężyć z Merabem, musisz zrobić coś, co wykracza poza twoje wcześniejsze poznanie, przekroczyć granicę, której wcześniej być może nawet nie widziałeś na horyzoncie. Petr Yan kompleksowo rozmontował „gruzińskiego terminatora”. Czapki z głów. Co składało się na taki występ ? Topowa defensywa zapaśnicza, świetna praca bokserska ( głównie ciosy proste ), konsekwentne rany zadawane wątrobie Gruzina (zaczęło się od potężnego middle kicka ). Mało tego, Rosjanin sam imał się obaleń, najczęściej z powodzeniem. Jeśli Merabowi zostaje wytrącony flagowy atut, czyli zapasy będące postrachem całej dywizji, to okazuje się, że „nie taki diabeł straszny”. Problem w tym, że neutralizacja tego atutu to niemal misja straceńcza. Jak pokazał Yan, mimo wszystko wykonalna. Żywię ogromny respekt w stosunku do Meraba. W jego przypadku określenie „maszyna” wcale nie jest nadużyciem. Nie spodziewałem się, że dojdzie do zmiany nosiciela pasa mistrzowskiego. Dlatego MMA jest pięknym sportem.
Drobna akrobatyka
Wedle mojej osobistej definicji freak fight jest zestawieniem, wedle którego mierzą się ze sobą ludzie, którzy ze sportami walki mieli niewiele do czynienia lub mieli styczność, ale „krzyżują rękawice” w jakiejś fikuśnej formule. W związku z powyższym, pojedynek AJ-a z Piotrem Liskiem realizuje tą definicję. KSW nie gubi ideałów, bo mierzą się ze sobą osoby kojarzone ze sportem sensu stricto, propagujące pożyteczne idee. Postacie te nijak się mają do ciemnych rewirów „drugiej strony lustra”. W przeszłości federacja przecież niejednokrotnie okazjonalnie sięgała po ludzi spoza bańki zawodniczej. Ba, nieraz ich związek ze sportem był mniejszy niż ten z kontrowersjami.
To teraz o wspomnianym w leadzie „fikołku”. Nie da się uciec od hipokryzji, z którą tego typu zestawienie się wiążę. Rzecz w tym, że federacja „odgradzała się potężnymi murami” od wszystkiego, co jakkolwiek powiązane z freakową stroną rzeczywistości. Tego typu fikołek da się zrozumieć, ale nie da się zaprzeczyć jego istnieniu.
To jeszcze ugryźmy temat z innej strony. Abstrachując od aspektów moralnych, mamy jeszcze te biznesowe. To właśnie one stały za zestawieniem starcia AJ vs Lisek. Pytanie, czy „ta kura zniesie złote jajka” ?. Mam spore wątpliwości. Omawiane starcie uznaję za przyjemne urozmaicenie. To może być zbyt mało, by odcisnąć piętno na sprzedaży/oglądalności, zakładając, że moje spojrzenie podziela spora grupa osób. Nie zapominajmy, że panowie nie walczą za darmo, wręcz przeciwnie. Poza tym, ogłoszenie wiąże się z krótszym okresem promocyjnym, a co za tym idzie – mniejszą przestrzenią do ekspozycji zawodników. Czy ten ruch biznesowy okaże się rentowny ? Czas pokaże…


