Czas mistrzów #9: Diaz dostarczyciel emocji ; City nie spotkało oporu ; legijne fatum ; lech zmienny jest

Jeśli komuś w życiu brakuje rozrywki, zachęcam wykonać telefon do Luisa Diaza – „animatora” hitu w Paryżu. Manchester City wielokrotnie skarcił zrywający się chwilami Dortmund. Wczorajszy wspólny mianownik Lecha i Legii ? Zaprzepaszczenie szansy, tudzież brak szacunku do własnej pracy.

„Seria trwa i trwa mać”

Ileż to już pochlebstw, niczym wodospad, spłynęło w stronę Bayernu Monachium. Przed wtorkowym hitem miałem zagwozdkę dotyczącą proporcji, w jakich rysowało się będzie posiadanie piłki. Obrazowałem sobie ten mecz jako „kolizję” dwóch równoważnych, ofensywnie usposobionych sił. Często bywa jednak tak, że scenariusz pisze się sam i znacząco odbiega od założeń. Bayern wcale nie musiał uporczywie dążyć do zdobycia bramki. Jedna faza przejściowa, przechwyt Upamecano, gol Diaza, było już 0:1. Lekkomyślna strata Marqinhosa kilkadziesiąt minut później równała się kolejnej karze, znowu z rąk kapitalnego Diaza. By podtrzymać dramaturgię spotkania, swoim „reżyserskim kunsztem” uraczył nas ten sam sympatyczny Kolumbijczyk, „wjeżdżając sankami” w Hakimiego. Uwaga, czas na kolejną „Odę do Bayernu”. Ile znaczy przejście bez większego szwanku przez „katusze” zafundowane przez PSG w drugiej połowie. To buduje, spaja, legitymizuje wartość. Paryż „bił głową w mur”, tym razem bez polotu, piłkarskiej magii.

Słów kilka o meczu na Etihad. Dortmund rozpoczął odważnie, z piłką przy nodze, niejako zaprzeczając idei Kovaca. To był jednak tylko początek, bo „im dalej w las, tym mniej drzew”. Rozczłonkowana, dziurawa defensywa, nijak mająca się do standardów z Bundesligi, choć i rywal z zupełnie innego pułapu. Sporo wolnej przestrzeni w środku pola, która pozwalała Phil’owi Foden’owi „żużlować z piłką” i karcić ekipę z Dortmundu. Z czasem BVB stawało się coraz bardziej czytelne, jednowymiarowe, grające w myśl schematu „dajcie na skrzydło, Adeyemi coś wymyśli”. Na marginesie dodam, że zupełnie nie rozumiem zaufania, którym Kovac obdarza Beiera. Z całym szacunkiem do Niemca, niekiedy piłka odbija się od niego, jak od drewna. Goście mieli bardzo dobry moment, kiedy bramkę zdobył Anton. Szkoda, że chowana jakość eksponowana jest dopiero w trudnych momentach. City zagrało swobodnie, w pełni kontrolując mecz, pokazując różnicę klas, szczególnie w kontekście indywidualności.

Czwartek niewykorzystanych szans

Przed meczem w Vallecas, miałem kilka myśli. Lech Poznań potrafi momentami wyglądać zjawiskowo, jeśli chodzi o fazę ofensywną. Przyświeca im zróżnicowana gra piłką, łatwość w kreacji dogodnych pozycji. Przedmiotem moich obaw zdecydowanie była defensywa, bo tak, jak łatwo Lech może bramkę zdobyć, podobnie łatwo może ją stracić. Po pierwszych kilkudziesięciu minutach wczorajszego meczu zastanawiałem się, że czy „Kolejorz” wytrzyma intensywność narzuconą przez Hiszpanów. Wspomniane obawy uległy materializacji, choć wcale się na to nie zapowiadało. Pierwsza część spotkania – koncert w wielu aspektach. Ofensywna gracja pod batutą Palmy. Skrzypczak oraz Milić „chowający do kieszeni” ofensywę Vallecano. Dobra organizacja gry, uniemożliwianie gospodarzom penetracji pola karnego. Na koszmar z drugiej połowy złożyło się w mojej opinii kilka spraw. Wątpliwe zarządzanie meczem przez przez Frederiksena, fakt przyspieszenia gry przez Hiszpanów, ale i defensywna niemoc Pereiry. Efekt jest taki, że Lech miał wszystko i stracił wszystko.

Podobny efekt odczuto w Warszawie. Legia grała co najmniej poprawne spotkanie, szczególnie pod kątem dynamiki ofensywnych akcji. Te akcje najczęściej były prowadzone prawą stroną, gdzie kilkoma podaniami tworzono „autostradę” dla Wszołka, czy coraz lepszego, ścinającego do środka Krasniqiego. Zachowywano płynność, jakąkolwiek „liczbę” w końcu zanotował Urbański (mógł tych liczb dopisać więcej), obraz Legii dawał nadzieję. Nie potrafię wytłumaczyć, co stało się po 70 minucie, natomiast wynik wyraźnie to „odczuł”. Patrząc na zestaw personalny / potencjał kadry, wydawać by się mogło, że w Legii wszystko gra. A jednak nie gra zupełnie nic, ani nikt.

Remisy dopisali Raków oraz Jagiellonia. O ile w przypadku Częstochowian, rezultat ten jest solidną zdobyczą, tak Białostocczanie rzutem na taśmę „zachowali twarz”. Spoglądając na tabelę, nie jest tragicznie, ale tych „kolorów” też jakby zbyt mało…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry