
W czerwonej części Manchesteru bez zmian – „życie na pełnej petardzie, z dołu do góry, z góry na dół”. Remis w Londynie to „zbawienie”, ulga i nagroda pocieszenia jednocześnie. Liverpool ugrzązł ostatnimi czasy w trudnej przestrzeni. Łomot na Etihad tylko ten stan potwierdził.
Końcówka, która wynagrodziła
Obraz meczu na Tottenham Hotspur Stadium do 80 minuty to raczej dobranocka, niżeli film akcji, a już na pewno pierwsza jego część. United wyprowadziło jedną, estetyczną akcję, sfinalizowaną przez Mbuemo. Na tym kończę analizę dobrodziejstw pierwszych 45 minut. Zdawać by się mogło, że United gra odpowiedzialnie, przezornie. Otóż nic bardziej mylnego. Sądzę, że „Czerwone Diabły” zabrnęły zbyt daleko w budowaniu zasieków obronnych i za ten ruch zapłaciły. Tottenham po przerwie grał lepiej (groźny strzał Romero obronił Lammens, bramka Johnsona nie została uznana), choć nie nazwę tego grą imponującą. W każdym bądź razie pod koniec dwa świetne zachowania sytuacyjne, kolejno Tela i Richarlisona, dał „Kogutom” prowadzenie. Tym prowadzeniem rzecz jasna długo się nie nacieszyli. Mecz ciężkostrawny, którego bieg, moim zdaniem zbyt bardzo, determinował wynik. Zamiast skupić się na realizacji własnych idei, United swoje działania obliczało na obarczony małym kosztem zysk.
Z okresu początku kampanii, kiedy oczarował mnie zespół Franka ( w meczu z City), zostało już doprawdy niewiele. Wiem, że trenerowi zależy na organizacji gry, fundamencie w postaci defensywy, czy odpowiednio kładzionych akcentach. Te założenia sprawdzają się raz lepiej raz gorzej. Rozczarowuje mnie jak dotychczas Xavi Simons, który ewidentnie nie jest w stanie „rozwinąć skrzydeł”, nie uwydatnia w żaden sposób połowy swojej błyskotliwości. United co prawda znowu nie przegrało, aczkolwiek nie o remisy tu chodzi. Biorąc jednak pod uwagę „burzliwe wody”, na których Manchester dryfuje od lat, Amorim zaprowadził choć szczyptę stałości.
Liverpool utknął
Liverpool od grubo ponad miesiąca tkwi w jednym, niepożądanym miejscu. O tyle dobrze dla fanów „The Reds”, że nawet w tak miernej dyspozycji, potrafią wygrywać niektóre mecze. W niedzielę widziałem jednak drużynę, która choćby chciała, nie jest w stanie zagrozić City. Momentami zespół Slota zdawał się „tanczyć chocholi taniec”, albowiem opisywał go letarg, zastój, wszystko i nic. Defensywne rozchwianie trwa, środek pola mało wyrazisty, Salah cieniem samego siebie (choć przejawiał ostatnio dobre oznaki ). Zaczynam poddawać w wątpliwość przekonanie, czy Slot aby na pewno ma receptę na tę „chorobę”. W Liverpoolu zgadza się naprawdę niewiele.
Odrestaurowane City zagrało w trybie swojej nowej wersji. Na początku sezonu wspominałem, że Guardiola dostał sporo nowych „zabawek”, które odpowiednio musi wkomponować. Zdaje się, że Hiszpan poznał już ich funkcjonalność, a „Obywatele” grają i wygrywają. W niedzielę było wystarczająco, zdroworozsądkowo, a przy tym efektownie. Jeremy Doku „zjadł na śniadanie” całą prawą stronę Liverpoolu, najpierw zdobywając „jedenastkę”, potem łamiąc do środka i lokując piłkę w okienku bramki. Kompletny występ Belga. Osamotniony wcześniej Haaland zyskał wsparcie, jak chodzi o strzelanie bramek. Na dobre tory wraca również Phil Foden. City znajduje się na krzywej wzrostowej i ta tendencja raczej będzie wyłącznie postępowała.
Szybki przejazd po innych boiskach
Strzelić bramkę Arsenalowi to ostatnio wielka sztuka. Sunderland zrobił to aż dwa razy, potwierdzając brak przypadku w kontekście zajmowanego miejsca. W Polsce Legia pokazuje, że definicja dna jest względna i nic nie stoi na przeszkodzie, by wspomniane dno pogłębiać. Sobota w Serie A to kolejny „festiwal strzelecki”. Potknięcia Bayernu nie potrafiła wykorzystać Borussia. Skądś to zjawisko znamy, nic nowego. W Hiszpanii punkty traci Real, co skrzętnie wykorzystuje Barca. Robert Lewandowski przesuwa kolejne granice, udowadniając, że to pojęcie nie dotyczy jego osoby.


