
Pierwszy raz w Rzeszowie i był to pierwszy raz raczej udany. Mówię raczej, bo sobotnie wydarzenie nazwałbym galą impulsów, gdzie chwile nieco usypiające przeplatały „latające w klatce ładunki atomowe”. Przysłowiową „kropką nad i” walka wieczoru. Można powiedzieć, że jest Grzebyk, jest impreza. Problemem Rzeszowianina fakt, że na jego „imprezie” bawił się głównie przeciwnik.
Złoty rozdział Tulshaeva
Jeszcze blisko 2 lata temu, o Muslimie Tulshaevie wiedzieli najbardziej zagorzali pasjonaci wszechstylowej walki wręcz. Dziś Czeczen wyrasta na flagową postać federacji KSW i prawdę powiedziawszy, zupełnie mi ten stan nie przeszkadza. Muslim swoją dotychczasową, wielopłaszczyznową działalnością, w pełni zasłużył na piastowane przez siebie miejsce. Ten facet wypełnia współczesną definicję zawodnika MMA, o której więcej wspominałem tutaj: Na bitewnym szlaku #12: Ruchała i Wikłacz w UFC, czyli jaka jest droga do popularyzacji MMA w Polsce ? – Bezkres sportu .
Pojedynek z Andrzejem Grzebykiem „napisał się” wręcz samoistnie, w liniowy sposób. Panowie nie pałali do siebie sympatią, choć do nienawiści bardzo daleka droga. Niemniej jednak, na linii obu fighterów wrzało, a oni sami nie szczędzili sobie mniej lub bardziej dotkliwych „szpileczek”, które na koniec dnia mieściły się w granicach dobrego smaku. Najważniejsze jest jednak to, że za słowami Tulshaeva oraz Grzebyka często idą czyny. Walka zbudowana w okołosportowej przestrzeni, znalazła swoje jakościowe odzwierciedlenie w klatce, a tym samym kompleksowo zamknięto całość historii.
Sobotni pojedynek równie dobrze można nazwać „tańcem na linie”. Raz tańczył jeden, innym razem drugi. W mojej opinii nie ma sensu rozprawa nad techniczno-taktycznymi aspektami „klatkowej wojenki”. Tym najzwyczajniej należy się napawać. Żeby spod mojej klawiatury nie lały się wyłącznie superlatywy, kilka „ale” należy uwypuklić. Powiedzmy sobie szczerze, Andrzej Grzebyk niekoniecznie realizował jakikolwiek plan taktyczny. On po prostu wyszedł się bić, w dużej mierze bez pomyślunku, za co spotkała go sroga kara. Tulshaeva rzecz jasna także nie opisuje słowo „kalkulacja”. Czeczen potrafił jednak przetrwać kryzys, wykorzystać brak defensywy rywala i idealnie w tempo wyprowadzić – najpierw kolano, potem prawy.
Czy Grzebyk już jest po drugiej stronie rzeki ? Prawdopodobnie, choć nie wydawałbym w tej kwestii jednoznacznych osądów. Bez cienia wątpliwości, za Polakiem dwa wykańczające starcia, których pokłosiem powinien być odpoczynek. Muslim starciem z numerem 1, przeskoczył kilka stopni na „drabinie” swojej kariery. W pełni uzasadniona zdaje się być jego aplikacja do mistrzowskiej batalii.
Sędziowie uniknęli blamażu ; doświadczenie Bajora
Blisko było sędziowskiej kompromitacji, ale na szczęście ta nie zaistniała. Zawiódł moje oczekiwania „Miodożer”, ustępując Fleminasowi w wielu aspektach bitewnego rzemiosła. Łotysz przeważał w zapasach, szybko wydostawał się z parterowych opałów, celnie lokował ciosy oraz kopnięcia. Łopaczyk, mimo swojego pięściarskiego kunsztu, nie potrafił złapać rytmu, umiejętnie skrócić dystansu. Jeśli „łotewski ekspres” na codzień jest niewygodnym przeciwnikiem, to w sobotę wyjątkowo uprzykrzał życie Polakowi. Na rezultat jednej z kart punktowych zrzucę zasłonę milczenia.
Nie sądziłem, że Szymona Bajora czeka aż tak trudna przeprawa. Oczywistym elementem gameplanu Polaka było bazowanie na szybkości, dynamiczne skracanie dystansu, poszukiwanie serii ciosów mających znaleźć cel na dziurawym Brazylijczyku. Myślałem jednak, że Bajor nie będzie zbyt chętnie sięgał po parter. A tu niespodzianka, której determinantą był niejako plan rywala. Prasel okopał sowicie nogę Polaka i mogło się wydawać, że zwycięstwo ma na wyciągnięcie ręki. W takich chwilach niezwykle cenne okazuje się być doświadczenie, metodyka, spokój. Bajor nie spanikował, nie próbował jak najszybciej dokończyć sprawy, ale z większą częstotliwością imał się zapasów, niwelując dostęp do obolałej nogi.
Bezbłędny Yakymenko ; bóg wojny w raju
Rogerio Bontorin wyglądał w sobotę, jakby przyjechał przetrwać. Jego bogate przecież CV w znaczący sposób różniło się od wątpliwej klatkowej aparycji, którą mieliśmy okazję „podziwiać” przed kilkoma dniami. Brazylijczyk został przez Yakymenkę „zmiażdźony”. Ukrainiec kontrolował przebieg starcia, wywierał inicjatywę, składał efektowne, eksplozywne kombinacje (a ma czym palnąć), dominował w aspekcie zapaśniczym. Występ niemalże kompletny i jasny sygnał w kierunku Sebastiana Przybysza. Zachwyciła mnie akcja koncząca, łącząca dwie płaszczyzny. Atomowy prawy prosty połączony z haczeniem – prima sort. Liczę, że to wypadek przy pracy Bontorina, a nie rozpoczęcie „funduszu emerytalnego”.
Wojsław Rysiewski, zestawiając pojedynek Makarowski vs Paiva, doskonale wiedział, co robi. To nie mogło skończyć się inaczej, niżeli stójkowymi „fajerwerkami”. Podkarpacki „bóg wojny” od początku nacierający, liczący się z ewentualnymi stratami, stroniący od jakiejkolwiek kalkulacji. Paiva uderzający ze wstecznego, wiele widzący, szukający luk, o nieprzecietnym movemencie. Na koniec dnia, Brazylijczyk oprócz walki z „Makaronem”, toczył batalię z wypadającym barkiem. Do pewnego momentu, ten bezsprzeczny akt heroizmu przynosił korzyści, ale na dłuższą metę, „klatkowe tango” stało się niemożliwe. Makarowski pnie się w górę i przyznam szczerze, że już przebił przeznaczony mu przez moją osobę „sufit”.
Pozostałe starcia na XTB KSW 110
Intrygował mnie bój Sergiusza Zająca z Mariuszem Książkiewiczem. Niestety, na przeszkodzie stanęło zdrowie polskiego Kanadyjczyka, w związku z czym, oczekiwania należało ostudzić. W starciu Kacprzak vs Charzewski, rzemieślnik pokonał artystę. Pierwsza runda ciekawa, obfitująca w liczne parterowe i nie tylko zwroty akcji. Im jednak dalej w las, tym górę coraz bardziej brało nieustępliwe usposobienie „Harrego”. Michał Dreczkowski bez żadnych problemów uporał się z Adamem Tomasikiem. Oczekiwań miejscowych nie zawiódł lokalny bohater. Duże wrażenie zrobił na mnie Sebastian Decowski. Ciężko jakkolwiek skategoryzować mi jego niekonwencjonalne poddanie, więc skwituje je słowem „sztuka”. Moisa w starciu z Krystianem Blezieniem najzwyczajniej uwydatnił różnicę klas sportowych. I tak minęło kolejne, 9 już wydarzenie federacji KSW w tym roku.


