
Manchester City w starciu z „Kanonierami” opisuje słowo sprzeczność, przynajmniej ze stereotypowego punktu widzenia. We Włoszech gorące jak ogień derby Rzymu. AS Roma odnotowuje kolejne zwycięstwo i sprawia wrażenie ekipy chcącej włączyć się w walkę o najwyższe laury.
Dali sobie po razie
Umówmy się, nie było to zapierające dech w piersiach widowisko. Sporo „piłkarskich szachów”, obustronnego respektu i poszanowania dla reprezentowanej jakości. W Manchesterze Pepa Guardioli zmieniły się personalia i zdaje się, że powstaje również zrewolucjonizowana, zupełnie odmienna tożsamość. Parafrazując własne słowa wypowiedziane przed sezonem, Guardiola dostał „nowy zestaw zabawek”, toteż zmuszony jest „bawić” się w inny sposób. Taka to moja niedzielna obserwacja.
Myślę, w jaki sposób, na zasadzie skojarzeń, zobrazować niedzielną „aparycję Obywateli”. Do głowy przychodzi mi zbitka „piłka Allegriego”, zachowując oczywiście wszelkie proporcje. No bo tak, kontra wyprowadzona przez Reijndersa, a wykończona przez Haalanda, dała City prowadzenie. Po tym wydarzeniu, na próżno szukać ofensywnych akcentów gości. Oprócz pojedynczych, bardziej lub mniej energicznych wyjść z piłką, „Obywatele” skupiali się na zwartej, kompaktowej obronie i szybkim, bezzwłocznym transporcie piłki.
Arsenal Mikkela Artety wszyscy znamy. Potrafią zrobić użytek z piłki przy nodze, natomiast jej brak nie specjalnie im przeszkadza. Męczyli się więc „Kanonierzy” przez 2/3 regulaminowego czasu gry, bezproduktywnie konstruując poszczególne akcje. Elementem ożywczym w moim mniemaniu wejście Eze, zawodnika skrajnie innego od Mikkela Merino. Błysk geniuszu Martinellego w doliczonym czasie i zamiast porażki, na tablicy widnieje remis.
Powrót wielkiej Romy ?
AS Roma ma w swoich szeregach wielkiego konstruktora, fachowca, bo za takiego bezsprzecznie uważam trenera Gasperiniego. Idee, które przez lata propagował w Bergamo, są wdrażane również w Rzymie, przynajmniej w jakimś stopniu. Nie chodzi tu wyłącznie o ustawienie taktyczne, ramy, w których drużyna się porusza, ale także samą piłkarską estetykę. Claudo Ranieri uratował w poprzednim sezonie Romę, ale odbywało się to w warunkach głównie pragmatycznych. Teraz jest nieco inaczej, choć cyferki na tablicy wyników nie do końca to odzwierciedlają.
W niedzielę, do pewnego momentu, gra miała charakter rwany. Gol Pellegriniego rozpoczął ekspansywny moment „Giallorossich”. Lazio Sarriego nie do końca potrafiło znaleźć odpowiedni rytm, mimo kilku impulsów u progu spotkania. Nie oznacza to, że nie mieli swoich idealnych okazji. Ba, przez niesubordynację, np. Manciniego, przybywało ich z biegiem czasu. Kiedy jednak stuprocentową sytuację marnuje Dia, ciężko o korzystny wynik. Umówmy się, nie tylko jedyny Dia marnował okazje. Tyle, że zamiast je wykorzystywać, Lazio kolekcjonowało czerwone kartki. Jak o „Romanistów” chodzi, niemały podziw wzbudza we mnie Manu Kone. Cechuje go spora elastyczność, połykanie przestrzeni, wykorzystanie atletyzmu, aspekt techniczny. Można odnaleźć sporo analogii między nim, a Edersonem z Atalanty, choć na koniec dnia, to dwie inne jednostki.
Inne czołowe piłkarskie rewiry
W Premier League nieustannie ucieka Liverpool. Jak na dystans zaledwie 5 rozegranych kolejek, 5 punktów przewagi może robić wrażenie. Nie zanosi się, by „maszyna Slota” miała hamować. Punkty traci City, Arsenal, Chelsea, a „The Reds” mogą tylko spoglądać na nich z piłkarskiego szczytu. Aston Villę odblokował Matty Cash, choć marne to pocieszenie dla „The Villains”.
Twardy, harmonijny, zwarty marsz po drodze zwycięstw kontynuuje Napoli z Kevinem De Bruyne na czele. Z niezwykle szalonej, szybkiej, wręcz niebezpiecznej karuzeli zszedł Juventus, który po galaktycznych ekscesach z Interem oraz BVB, tylko zremisował w Veronie. Po wstydliwej porażce z Cremonense, ogarnął się również AC Milan. Krótko mówiąc, jest ciekawie.
Nie potyka się Real Xabiego Alonso. Przed „Królewskimi” derby Madrytu. Po drugiej stronie Atletico, które zawodziło i nieustannie zawodzi. Nie zanosi się, by w starciu z Realem ten stan uległ zmianie. Wiele razy mówiło się o upadku projektu Simeone. Tyle samo razy Atletico stawało na nogi. Straconych u progu sezonu punktów nikt już jednak nie przywróci.


