
Byłem naprawdę zaskoczony, a wręcz zaimponowała mi postawa Tottenhamu pod batutą nowego dyrygenta – Thomasa Franka. Liverpool włączył w poniedziałek tryb oszczędnościowy, który mimo wielu luk i uchybień, wymiernych strat nie przyniósł. Do boju ruszyli także we Włoszech, choć niektórzy jakby jeszcze pozostali w blokach startowych.
Wystawne koguty
Ange Postecoglu zakończył sezon z trofeum, co w przypadku Spurs niezwykle cenne. Druga strona medalu brzmiała jednak „ogon” tabeli Premier League, a na to zespół tej klasy, pozwalać sobie nie może. Nastały więc „rządy” Thomasa Franka i póki co, jest to „panowanie” bardzo udane. Odpalając spotkanie na Etihad, spodziewałem się tego, co większość – zwycięstwa „Obywateli”. Na początku meczu, gra „Kogutów” zdawała mi się nieco naiwna. Wysoki pressing, ekspansywne poczynania bez piłki, myślałem – to nie może się udać. Tymczasem „Koguty” wytrzymywały intensywność, mało tego, z biegiem potyczki same przejmowały nad nią kontrolę. Dobra współpraca na linii Johnson-Richarlison zaowocowała golem. Jeśli ktoś prosi się o problemy, to raczej je uzyska. Poprosił więc Trafford, w konsekwencji do przerwy było już 0-2. W tamtym sezonie Tottenham charakteryzowało zabawno-kreatywne usposobienie obronne. W zespole Franka kluczową rolę odgrywa organizacja gry. Jak wiele może zmienić się w krótkim okresie.
City mdłe, jałowe i nieprzekonujące. Najbardziej wyrazistą postacią pierwszej połowy w kontekście kreacji był Erling Haaland, który sprowokował jedyną groźną wówczas okazję. To znamienne, albowiem Norweg odpowiada raczej za „stawianie wykrzykników”, niżeli „budowanie zdania”. W Manchesterze powstaje nowy konstrukt, zawierający nowe personalia, dlatego póki co, pozostanę wstrzemięźliwy od przesadnej krytyki i jednoznacznych stwierdzeń.
Śpiąca Królewna
Kiedy mijały pierwsze minuty hitu w Newcastle, miałem flashback’i z inauguracji na Villa Park. No bo co z tego, że „Sroki” weszły w mecz z animuszem, inicjatywą, skoro przy statystyce konkretów widniała cyfra „0”. Podobał mi się dobrze wyprowadzający piłkę, poruszający się z gracją Livramento. Znów niesforny (potem aż zbyt niesforny) był Gordon, szukający swoim dryblingiem nietuzinkowych rozwiązań. Koniec końców, minuty mijały, a na tablicy dalej „0”. W drugiej części Newcastle złapało kontakt, nawet wyrównało stan spotkania ( i to bez niesfornego Gordona), choć nie wiem, czy bardziej z powodu własnej jakości, czy wyjątkowej ospałości „The Reds”. Tak, czy siak, do tabeli dopisano okrągłe „0”.
Co się tyczy zwycięskiego Liverpoolu, to fakt, że był on wyjątkowo ekonomiczny w swoich poczynaniach. Pierwsza bramka, umówmy się, z niczego, a raczej wynikająca z błyskotliwej decyzji Gravenbercha. Druga to indywidualny wymiar jakości i precyzji Ekitike. Trzecia, to wreszcie składna, urodziwa akcja, zakończona uderzeniem Ngumohy. Wszystko pomiędzy jakieś takie mało ostre, mdłe i niewyraźne. Kilkoma słowami, mało Liverpoolu w Liverpoolu. Niemniej jednak, czy to właśnie nie takimi spotkaniami, wygrywa się mistrzostwa ?!
Krótki przegląd
Wróciły Włochy, choć niektórzy zdali się zostać na wakacjach. Spektakularny falstart zaliczył Milan, ale wtórowała mu także Atalanta. W kontekście „La dei” cieszy zbierający pozytywne głosy debiut Nicoli Zalewskiego. Tak sobie myślę, że warto obserwować ekipę z Como, która zdała się porzucić skromne cele o nazwie spokojne utrzymanie. Dwa hiszpańskie giganty idą łeb w łeb, trzeci męczy się z beniaminkami. Ambitne plany Atletico „uciekają”, a mamy przecież drugą kolejkę. Z „szabelką” wojuje za to kompletny póki co Villareal. W naszej rodzimej Pogoń wygrała na wyjeździe, a to zawsze warte odnotowania, i przy okazji zwolniła trenera Sopicia. Jak burza idzie Wisła Płock i nie sądzę, by z Mariuszem Misiurą u steru, skończyło się tak, jak kilka lat temu.


