
Tym razem to nie amerykański sen, ale japoński. Marek Samociuk pokonał Bruno Augusto i zameldował się w finale prestiżowego Rizin Grand Prix. W Abu Dhabi górą de Ridder. Jego bój z Whittakerem ciężko nazwać „ucztą wszechstylowej walki wręcz”, natomiast bieg pojedynku pozwalał do końca utrzymywać dramaturgię na wysokich rejestrach.
Big in Japan
Jeszcze nie tak dawno, bo niewiele ponad 2 lata temu, po porażkach z Filipem Stawowym oraz Kamilem Gawryjołkiem, Marek Samociuk znajdował się na wylocie z KSW. To idealny przykład na to, jak koleje ludzkiego życia potrafią się przeplatać, być zmienne, a jednocześnie podlegają różnym uwarunkowaniom. Nic bowiem nie wydarzyło się samo od siebie. Polak przedefiniował swoje sportowe życie, zamieszkał w Warszawie, trenuje na co dzień w UNIC Fight Club. Od początku ubiegłego roku stoczył 5 pojedynków i wszystkie wygrał. Ostatnie 3 miesiące to istny rollercoaster – udział w turnieju organizacji RIZIN, dwa triumfy z poważanymi na świecie ciężkimi, w końcu awans do upragnionego finału. Historia niesłychana, acz prawdziwa. Historia, dzięki której Samociuka nie można już określić mianem „szeregowego zawodnika”, a fightera ścisłej czołówki kategorii ciężkiej w Polsce.
Niedzielnego poranka, w Saitama Arenie, naprzeciw Polaka stanął prawdziwy, brazylijski twardziel. W pierwszej odsłonie Jose Augusto przyjął pozycję cichego, raczej biernego, obserwującego rywala i wyciągającego wnioski drapieżnika. Samociuk imał się własnej, skutecznej broni, czyli potężnych niskich kopnięć, wywierał presję, był szybszy, dobrze czuł dystans. Rywal próbował rozpuszczać łokcie, ale bezskutecznie. Kolejna odsłona, to kolejna historia. Samociuk jakby przeżywający lekki kryzys kondycyjny, zaś Augusto celniejszy w swoich bokserskich kombinacjach. Pod koniec to jednak Polak posłał rywala na deski. Pytanie, jaką optykę na starcie mieli wówczas sędziowie. Runda trzecia bardzo wyrównana, z jednej strony pod klatkową kontrolą Marka, z drugiej wypełniona trafiającymi „strzałami” Brazylijczyka. Całe starcie w mojej opinii niezwykle bliskie, choć na zwycięzcę również wskazywałem Samociuka.
Polak piszę swoją „japońską przygodę”, a niedługo zmaterializuje się jej ostatni rozdział. Z powierzchownego punktu widzenia, Soldatkin stanowi srogie wyzwanie. Mówię z powierzchownego, wszak nie posiadam żadnej próbki wiedzy o Rosjaninie. Kieruję się wyłącznie suchymi faktami. Z drugiej strony James, czy Augusto również takowe wyzwanie stanowili. Do finału nikt nie dochodzi przypadkiem, co dotyczy zarówno Samociuka, jak i Soldatkina. Nie pozostało nic, tylko spełniać marzenia Panie Marku.
Efektywny de Ridder
Wielki bój być może to nie był, natomiast main event gali w Abu Dhabi z pewnością miał pozytywnie zabarwione momenty. Scenariusz walki nie odbiegał w sposób znaczący od tego przez wielu przewidywanego. U progu starcia Whittaker skoncentrowany, wyprzedzający każdą pokraczną, stójkową szarżę de Riddera, broniący się przed obaleniami, celnie punktujący rywala. Im jednak „dalej w las”, tym coraz mniej „Roba”. Pokłady energii szybko zostały wyczerpane, co oczywiście wiązało się z konsekwencjami. Ciężko o optymizm, jeśli kuleć zaczyna aspekt wydolnościowy, a naprzeciw ciebie stoi wciąż idący do przodu Holender. Pytanie, czy Whittaker sumiennie odrobił taktyczną pracę domową. De Ridder już pokazywał w przeszłości, że jeśli gdzieś upatrywać jego siły na nogach, to są to kolana. Tymczasem owe kolana lądowały sobotniego wieczoru na ciele Australijczyka z trzeba przyznać sporą częstotliwością. Sam de Ridder w omawianym starciu również „wracał z dalekiej podróży”. W momentach krytycznych (nokdaun lub „taniec na nogach”) włączał się jednak instynkt grapplera. I to właśnie „parterowe ciągoty” przechyliły szalę na korzyść „RDR”.
Petr Yana zawsze dobrze widzieć w klatce i delektować się jego maestrią. Kapitalna praca bokserska, świetne muai-thai, a kiedy trzeba, to i zaprzęgnięty element zapaśniczy. Nie oznacza to, że Marcus Mcghee w łatwy sposób oddawał inicjatywę, bowiem Amerykanin naprawdę ma czym przyłożyć.
Jednooki wojownik zwykł dawać jakościowe show w swoich bataliach. Nie inaczej było z Marciem-Andre Barriault. Co prawda Kanadyjczyk zaserwował Dagestańczykowi chwile grozy w drugiej rundzie, jednak pozostała część „spektaklu, to teatr jednego aktora”. Latającymi kopnięciami „Szary” można by kręcić świderki w lodziarni.


