
Za nami półmetek cyklu SEC, a tym samym połowa drogi Patryka Dudka do Grand Prix, drogi dotychczas pokonywanej wzorowo, choć w Gustrow królował Leon Madsen. Przy W69, w walce o play-offy, zamiast Stelmetu, wrocławian podejmował StelMED, jak to celnie określił Tomasz Dryła. „Byki” urządziły polowanie na „Gryfy”, zresztą całkiem udane. Moonfin Malesa zaś postanowiła oszukać przeznaczenie, wprawiając nas w osłupienie.
Madsen nie składa broni
Zawody w niemieckim Gustrow to immanentna część cyklu SEC. Co, jak co, ale bez corocznej rundy na tamtejszym torze, ani rusz. Nie zamierzam na ten stan narzekać. Owal charakterystyczny, specyficzny, trochę stylizowany na modłę angielską, ale zawsze będący powodem co najmniej niezłego widowiska. Podobnie było w sobotę. Jednych wynosiły harce po „balotach” (Huckenbeck, Woryna, czy Lebiediew niczym ryby w wodzie), innych kurczowe „klejenie się do kredy” (Dudek, czy Madsen).
Sobotni triumfator, bezwzględna ikona tego cyklu, facet, który na torze w Gustrow pojedzie z zamkniętymi oczami przy zgaszonych światłach, ma ambicje powrotu do elity. Trzeba przyznać, że w Niemczech zrobił wiele, by tym ambicjom sprostać. Nieudana runda w Bydgoszczy może jednak się za nim ciągnąć do samego końca, a na przesadne błędy Patryka Dudka w tym roku bym nie liczył. Polak zaliczył kolejny bardzo równy, solidny, zwieńczony podium turniej.
Na słów kilka zasługuje również Kai Huckenbeck. Drugie miejsce tegoż właśnie, jest powodem, by trochę się nad zawodnikiem Abramczyk Polonii pochylić. Mam wrażenie, że Niemiec od kilku lat zawieszony jest między definicją świetnego pierwszoligowca, a kogoś aspirującego do rywalizacji z najlepszymi. Co stanowiło dotychczas przeszkodę ? Być może zdarzające się wahania dyspozycji, które liderowi najzwyczajniej nie przystoją. Od jakiegoś czasu Niemiec jest w gazie, jest szybki, co w imponujący sposób pokazał w Gustrow. Z drugiej strony cykl Grand Prix ewidentnie stanowi na dziś dzień „ścianę nie do przebicia”, toteż ten wspomniany wyżej stan zawieszenia póki co pewnie nie zniknie.
Z walki o tytuł wypisano męczącego się niemiłosiernie w sobotę Michaela Jepsena Jensena. W tym wypadku tragedii jeszcze nie odnotowano. „Ligladowi’ została jedna furtka, z której Duńczyk zapewne nie zawaha się skorzystać. Jest nią rzecz jasna Grand Prix Chalenge.
Pechowy Falubaz ; metodyczny Motor ; bezradna Stal
Nadzieje Stelmet Falubazu na play-off zostały rozwiane szybciej, niż można było przypuszczać. Wielka szkoda, że odbyło się to w tak przykry sposób. Już w wyjściowym stanie rzeczy sytuacja nie była warta pozazdroszczenia, jednak po wypadku Damiana Ratajczaka, wypadało tylko współczuć. Najważniejsze, że ze zdrowiem zjawiskowego ostatnio Polaka wszystko w porządku. Wracając do wydarzeń torowych, trzeba przyznać, że „Myszy tanio skóry nie sprzedały”. Betard Sparta zwycięska, choć to zwycięstwo niespecjalnie przynoszące chlubę. Triumf wrocławian nasuwa więcej wątpliwości, niżeli radości. Ważny jest bowiem kontekst. A ten kontekst, to drużyna chcąca walczyć o mistrzostwo polski, która mierzyła się ze zdziesiątkowanym Falubazem bez dwóch kluczowych postaci. Jeśli Rasmus Jensen nie raczyłby nas wielością swoich odsłon, a Jarosław Hampel dołożyłby choć kilka oczek więcej, mogło być naprawdę gorąco. Wrocławianie mają czas, by wyciągnąć wnioski, choć nie pozostało go zbyt wiele.
Gezet Stal smutna, słaba, bezradna, obnażająca własne wyjazdowe słabości. Pres Toruń urządził sobie „rzeź niewiniątek”, czy też „anielską ucztę”. Jak kto woli. W każdym bądź razie gospodarze zmiażdżyli bezlitośnie gorzowian, będąc przy tym nieszczególnie gościnnymi. Martin Vaculik męczy się okrutnie od początku sezonu, a kiedy słońce zdaje się powoli wychodzić, to niedługo później przychodzi antyteza pozytywnych oznak. Kiedy naprzeciw, zamiast osłabionego Krono-Plast Włókniarza staje mocny zespół, Anders Thomsen nie kolekcjonuje już trójek. Na kilka ciepłych słów zasługuje Andrzej Lebiediew. Jasne, dwa ostatnie spotkania nie wyglądają oszałamiająco pod względem punktów. Kiedy spoglądam jednak w program, widzę trudny numer, mocno obsadzone biegi i „łotewskiego harpagana”, który punkty mógłby wygryźć zębami. To się ceni.
W Częstochowie nic sensacyjnego, choć do 9 biegu włącznie można było czuć się lekko zdezorientowanym. Kiedy już jednak Orlen Oil Motor przestawił wajchę, to z „Lwów” pozostały co najwyżej „kotki”. Czarno widzę przyszłość Wiktora Lamparta. Jeśli nad zdolnym kiedyś juniorem nie widniałby parasol ochronny (U24), prawdopodobnie nie oglądalibyśmy go już w PGE Ekstralidze. Poziom owej Ekstraligi nie specjalnie by na tym ucierpiał, wszak Lampart do tego krajobrazu najzwyczajniej nie pasuje. O Lublinie przecież mówić nie będę. Tam nudno, ale konsekwentnie i zabójczo skutecznie.
Hit dla Fogo Unii ; łódzki matrix
W Bydgoszczy Fogo Unia unaoczniła siłę kolektywu, dla którego Abramczyk Polonia nie stanowiła żadnej siły przeciwstawnej. Nie może takowej stanowić, jeśli trójka zawodników, w tym dwójka liderów, jedzie co najwyżej przeciętnie. Zobaczmy, jak uzupełniali się Leszczynianie. Kiedy na początku zawodził duet Kołodziej-Parnicki, luki łatała reszta. Gdy zaś wspomniana dwójka „złapała prędkość”, z tonu spuścił Grzegorz Zengota. Od początku kampanii trudnych chwil wystrzega się Ben Cook. „Filigranowa rakieta” i niezwykle pewny punkt zespołu. Wśród Bydgoszczan jest nad czym pracować. Wczorajsza porażka nie znaczy wiele w kwestii matematycznej, natomiast jest pewnym sygnałem i znakiem wysłanym prosto z Leszna.
Piątkowy eksces w Łodzi, bo inaczej tego nie nazwę, wymyka się wszelkiemu poznaniu. Nie potrafię wytłumaczyć tego, co wydarzyło się na Motoarenie. Tutaj wypada posłużyć się wyświechtanym frazesem, sami wiecie jakim. Patryk Wojdyło, który wrócił po kontuzji, próbował jakkolwiek „zachować twarz gospodarzy”, twarz do cna zszarganą. Moonfin Malesa Ostrów wyglądała przy łodzianach jak ekipa mistrzów świata. Ciężko o zbudowanie społeczności oraz koniunktury wokół łódzkiego żużla, jeśli dzieją się tego typu kompromitacje – nazywając rzecz po imieniu.


