
Dziś trochę z innej beczki. Szczęśliwy koniec „transferowej sagi” z udziałem Roberta Ruchały oraz Jakuba Wikłacza, dał mi impuls, by zastanowić się nad kondycją popularności wszechstylowej walki wręcz w Polsce. Jak było, jak jest i co robić, by koniunktura na MMA nad Wisłą rosła, a przynajmniej nie malała ? Rozważmy po krótce tę kwestię.
Pani manager JJ dopięła swego
Zanim przejdę do klu tego artykułu, słów kilka o komunikacie, który obiegł sportową Polskę niespełna trzy tygodnie temu. Długa to była telenowela, ale najważniejsze, że zakończona happy-endem. Joanna Jędrzejczyk od początku prowadziła narrację, że „contender” nie jest przedmiotem zainteresowania, a tym wyłącznie jest bezpośredni angaż. Biorąc pod uwagę obecnie prowadzoną przez UFC politykę, tym większe gratulacje za realizację celu, doprowadzenie sprawy do końca, i to w podwójnym pakiecie, wszak Ruchała i Wikłacz zasilają szeregi rosteru razem.
Czy „koguciki” są gotowe na czekające ich wyzwania ? Myślę, że tak, aczkolwiek większym optymistom jestem w kontekście Kuby Wikłacza, który grę o nazwie KSW najzwyczajniej w świecie przeszedł. To wszystko jest „wróżeniem z fusów”, bowiem jak wszyscy wiemy – oktagon zweryfikuje. Nie zmienia to faktu, że pokładanie nadziei w obu fighterach jest w pełni uzasadnione. Dlaczego ? Ruchała i Wikłacz nie próżnowali podczas okresu bezrobocia. Choć brakuje im zapewne rytmu startowego, to imponujący jest fakt, jak obaj panowie inwestują w swój rozwój, szlifując umiejętności w ATT. W ogóle Stany Zjednoczone dla wielu Polaków stały się ostatnimi czasy bazowym elementem okresu przygotowawczego. Zdaje się, że Mateusz Gamrot dał przed kilkoma laty impuls, który to wzorzec powielają inni. I bardzo dobrze.
O tym, jak było kiedyś i jak jest teraz
Ostatnio kilkukrotnie słyszałem sformułowanie, że kiedyś zainteresowanie sportem napędzał brand, w tym przypadku KSW, zaś teraz fanów zrzeszają indywidualne jednostki. Kiedyś ludzie przychodzili na halę dla organizacji, teraz dla poszczególnych postaci. Jest w tym sporo racji, choć z drugiej strony, czy 10-15 lat temu, kiedy Khalidov, Materla, Pudzian budowali od podstaw świadomość istnienia MMA w Polsce, fani nie wypełniali hali lub nie włączali telewizora, właśnie dla nich. Na obronę postawionej na początku akapitu tezy, mogę stwierdzić, że przecież podane przeze mnie nazwiska były i są immanentną częścią marki (Khalidov/Materla = KSW = symbioza = transakcja wymienna ) W obu przypadkach mam rację.
Różnice między tym, co kiedyś, a tym co teraz, są następujące. Dawniej organizacja tworzyła zawodników, dziś zawodnicy tworzą organizację. Dawniej jedna federacja miała monopol, dziś podmiotów jest więcej. W końcu, dawniej kryterium jakości stanowiła głównie warstwa sportowa, zaś dziś sposobów na budowanie własnej wartości medialnej/marki jest znacznie więcej. Same umiejętności często nie wystarczają, by „odpowiednio się sprzedać”.
Ruchała i Wikłacz, czyli definicja współczesnego fightera
W wyżej podany szablon idealnie wpisuje się ta dwójka, która jest niejako punktem wyjścia do moich dzisiejszych wywodów. Oczywiście tych postaci, które rozumieją mechanizmy kierujące dzisiejszym światem, jest znacznie więcej, jak np. Adrian Bartosiński, Piotr Kuberski, Mateusz Gamrot, etc… Są rzecz jasna i tacy, którym ciężko przystosować się do nowych realiów.
Oprzyjmy te rozważania na przykładzie. Jedna krótka rolka Roberta Ruchały z gościnnym udziałem Dustina Poiriera, a jak wiele może zdziałać. Dlaczego ? 20 tysięcy polubień, zasięgi domniemam spore, zobaczą to osoby zza oceanu, wszak „Diamond” jest globalną gwiazdą mieszanych sztuk walki. Sam Robert wspomnianymi ruchami zapisuje się w świadomości osób, które dzięki takiej kilkutorowej działalności być może wpiszą w google – kim jest Ruchała ? Czym się zajmuje ? Co to KSW/UFC ?, i tak dalej. Wniosek jest taki, że przy nieskończonej liczbie bodźców, zawodnicy nie mogą „wyskakiwać z lodówki” raz na cztery miesiące, nie mogą dać o sobie zapomnieć.
Jak budować popularność MMA w Polsce ?
MMA nie należy rzecz jasna do nadwiślańskich sportów narodowych, a jest raczej dyscypliną niszową. Przez lata własnego istnienia i rozwoju, wykształcił jednak pewien stały kapitał, czytaj bazę domniemam pewnie kilkudziesięciu tysięcy fanów, którzy żyją MMA na co dzień, posiadając dogłębną wiedzę z tym rynkiem związaną. Do tego dochodzą rzecz jasna zwolennicy konkretnych zawodników, na co wpływ ma klucz geograficzny, czy patrz akapit wyżej. Są też i ci, którzy odpalają galę raz na jakiś czas, przy okazji większych wydarzeń, czy startów medialnych tuzów. Chciałbym uwypuklić trzy wyróżniki, które w mojej ocenie mogą wpływać na popularyzację i wzrost świadomości.
Pierwsza sprawa to dbałość o siłę rodzimego podwórka, od federacji lokalnych, przez te większe, aż po KSW. Twór Macieja Kawulskiego i Martina Lewandowskiego jest naszą dumą, głównym towarem eksportowym i we wszystkich interesie jest to, aby się rozwijał, zamiast zwijać. Aby to zaistniało, prężnie działać musi warstwa marketingowa organizacji, ale tworzyć ją muszą również intrygujący zawodnicy.
Teraz płynnie przechodząc do drugiego podpunktu, tymi „intrygującymi zawodnikami” są ci, którzy zrzeszają społeczność, rozbudowują kanały komunikacji, dbają o własną markę, są wyraziści, mają coś do przekazania, przemawiają również językiem, nie tylko pięściami.
Trzecim, ostatnim wyróżnikiem jest jak największa liczba polaków w najlepszej lidze świata, czyli w UFC. Im więcej rodaków we wspomnianym „raju utraconym”, tym większa szansa, że zainteresowanie nimi wykroczy poza bańkę środowiskową. Dlatego dobrze, że Ruchała i Wikłacz do tego UFC trafili.


