
Tak, wiem, zapłon lekko spóźniony, wszak od UFC 317 minął już prawie tydzień. Nowy design strony sam się jednak nie zrobi, pracowałem nad techniczno-estetycznymi aspektami przedsięwzięcia o nazwie „Bezkres sportu”. To tak na małe usprawiedliwienie. Wróćmy jednak do wydarzeń z Las Vegas. Kilka ostatnich scen 317-tego spektaklu pod batutą UFC dostarczyło chwil, którymi warto po krótce się zająć.
Gruzińsko – hiszpański rzeźnik z Alicante
Niby każdy wiedział, choć wielu pewnie się łudziło. Charles Oliveira ma na świecie masę fanów i ten stan rzeczy nie powinien ulec zmianie. Fakty są jednak takie, że Ilia Topuria wchodzi tam, skąd „Do bronx” schodzi. Rekonstruując wstecznie ten pojedynek, z pewnością stwierdzam, że to najzwyczajniej nie mogło się udać. Oliveira nie kalkuluje, wywiera presję mimo godziwych warunków fizycznych, jest w swoich szarżach groźny (szczególnie na ziemi), nie zważając przy tym na szczególną szczelność defensywy. Dokładnie tak było również w starciu z „El Matadorem”. Problem w tym, że szczęka już nie ta, a naprzeciwko pięściarz wytrawny, by nie użyć słowa „wybitny”. Szybka to była akcja, bolesna i bezlitosna.
Użyłem wyżej sformułowania, że Topuria dopiero „wchodzi”. On już na tym szczycie jest i spogląda na kolejne wyzwania. Oprócz wartości sportowej, facet staje się również czołową gwiazdą federacji. Przyszłość przed nim świetlana, a UFC „jego kartą” na pewno będzie grać namiętnie.
Zjawiskowe koguty
Zanim przejdę do tych faktycznie zjawiskowych, najpierw zajmę się tym mniej widowiskowym zajściem. Kai Kara-France do oktagonu wyszedł, a jakoby go nie było, parafrazując słowa trenu Jana Kochanowskiego. Pantoja metodycznie i skutecznie „czyści” kategorię wagową, nie pozostawiając rywalom złudzeń. Nie oznacza to, że kiedyś być może nie spotka przeciwstawnej siły…
Joshua Van proszę państwa. Przyznam szczerze – pierwszy raz oglądałem w klatce jego performance, nie mając wcześniej świadomości istnienia tego człowieka. Od starcia z Royvalem włącznie, nie opuszczę już chyba starcia birmańskiego „małego wariata”. Co za czas tego faceta – toczy 2 walki w trzy tygodnie i z końca rankingu przesuwa się na pierwszą pozycję. Prawdziwy „american dream”.
UFC raczyło nas w trakcie trwania „wojny” z Royvalem, statystykami o horrendalnej liczbie wyprowadzanych ciosów znaczących przez Vana. Niedzielnego poranka obaj zawodnicy dali fantatyczny spektakl. Odnotujmy: 215 znaczących Amerykanina, 204 Birmańczyka i 15 minut stójkowej jatki. Royval’owi zależało na presji, częstotliwości zadawanych uderzeń, zabieraniu przestrzeni. Van chciał lokować jakościowe ciosy, składał kombinacje – może niezbyt skomplikowane, ale niezwykle dynamiczne i siejące spustoszenia. Na takie starcia się czeka.
Nie skreślajcie „Darka”
Pojedynek Beneila Dariush’a z Renato Moicano nie zapisze się trwale w mojej pamięci, ale pewne elementy wypada uwypuklić. Zdecydowanie lepiej zaczął Amerykanin. Jego wewnętrzne niskie kopnięcia na wykroczną nogę „nadwornego filozofa” UFC, aż mnie bolały. Jego kilkuminutowa praca została jednak zniweczona przez sowity nokdaun pod koniec rundy. Wydawałoby się, że Moicano znajdzie się na autostradzie do zwycięstwa. Otóż nie. Opadł z sił straszliwie i w kolejnych minutach nie zdołał sprostać zapaśniczym ciągotom Amerykanina. Z biegiem czasu i „Darka” energia witalna opuściła, ale na jego szczęście, Moicano również „latał z pustym bakiem”.
Jak wszystko w krótkim okresie może się zmienić. Przed walką zdawałoby się, że Moicano może wrócić na zwycięską ścieżkę, zaś Dariush po dwóch bolesnych nokautach powoli schodzi ze sceny głównej. Powiem tak. Nie sądzę, by Beneil jeszcze kiedykolwiek miał szansę na zdobycie tytułu, niemniej jednak ostatnim zwycięstwem „złapał butlę sportowego tlenu”. W kontekście Brazylijczyka, przyszłość raczej ciężka do przewidzenia, ale na fajerwerki bym się nie nastawiał.


