
Czwartkowy IMP specjalnie nas nie rozgrzał, poza kilkoma wyjątkami, a oczekiwania były spore. Idąc tym tokiem myślenia, żużlowy piątek nas wręcz oziębił, wszak oglądaliśmy dwa „ciężkie łomoty”. W sobotę już było całkiem nieźle, zaś wczoraj naprawdę przyjemnie, momentami wręcz ogniście. Maraton pełen speedway’a za nami, jest nad czym się pochylić. Przejdźmy więc do meritum.
Taki sobie ten IMP
Ozdobą tego wątpliwej jakości widowiska na Motoarenie był z pewnością pojedynek Zmarzlik vs Pawlicki. Można powiedzieć, że wróciła moda na elektryzujące starcia obu panów. Generalnie rzecz biorąc nawierzchnia w czwartek była specyficzna, z dala odbiegająca od tej ligowej, co niespecjalnie zapewne martwi Piotra Barona. Punkty tracili wszyscy, błędów nie wystrzegał się nikt. Najbliższy perfekcji w rundzie zasadniczej był Patryk Dudek, który w tym sezonie regularnie zbliża się do ideału.
Oddajmy Dominikowi Kuberze, co cesarskie. To on zwyciężył rundę, mimo nie najlepszego momentu trzeba przyznać. Rośnie ostatnimi czasy Kacper Woryna, co też mogliśmy zaobserwować na Motoarenie. Na koniec tego wątku jeszcze słowo o Wiktorze Przyjemskim, bo widzę u niego coś, czego nie można było dostrzec wcześniej. „Bydgoski diament” coraz lepiej radzi sobie na trasie, jest w stanie przeprowadzać ataki (choć wciąż wygląda to nieco kwadratowo ), nie zanika w indywidualnej rywalizacji z bardziej doświadczonymi (10 punktów w IMP). Kolejny przystanek za miesiąc, gra się toczy.
Gwiezdny czas Kurtza
Przeprowadzę zabieg „gdybalstwa”. Jeśli Bartosz Zmarzlik nie jeździłby na żużlu, Brady Kurtz zostałby w tym roku niekwestionowanym mistrzem świata. Facet w kilka miesięcy doświadczył tego, o czym jeszcze ponad rok temu mógł tylko marzyć. W PGE Ekstralidze „czesze” naście punktów co mecz. W cyklu Grand Prix staje na „pudle” runda po rundzie, zresztą w pełni zasłużenie. Na stadionie im. Edwarda Jancarza doznał upragnionego zwycięstwa i jak widzieliśmy – chwila to była niezapomniana.
Z ogromnym prawdopodobieństwem Bartosz Zmarzlik sięgnie po kolejny tytuł, z czego ja osobiście bardzo się cieszę. Ten jednak może smakować nad wyraz znakomicie. Polak ma godnego konkurenta, „upierdliwego kangura”, który będzie się czaił za jego plecami do ostatniej rundy włącznie (przynajmniej tak to wygląda na dziś dzień). Zmarzlik buduje przewagę, ale robi to w sposób rzemieślniczy, dokładając cegiełka po cegiełce.
Negatywnie zaskoczyła mnie niekompletna frekwencja. Tragedii rzecz jasna nie było, jednak puste miejsca rzucały się w oczy, co przy okazji polskich rund jest rzadkością. Ewidentnie gorzowski żużel przechodzi przez ciężki okres przejściowy, a koniunkturę na ten sport należy odbudować. Najprościej będzie oczywiście wynikami Gezet Stali. Najprościej i najtrudniej, wszak „Stalowcy” nie zachwycają.
PGE Ekstraliga
Piątek wypełniły treści miałkiej treści dla prawdziwych koneserów. Ciężko się ogląda Gezet Stal na wyjazdach, szczególnie jej zwolennikom, w tym oczywiście mi. Oczy krwawią. Orlen Oil Motor urządził sobie lekki trening, z tym że o ligowe punkty. Małych zwycięstw „Stalowców”, o których pisałem w ostatnich przedbiegach (Przedbiegi #11: Rusza IMP – powinno być ciekawie ! ; Gorzów wita ; powrót PGE Ekstraligi – Bezkres sportu) – nie odnotowano. Mieliśmy jeszcze „spartańskie lanie”. „Wrocławski szpital” wychodzi na prostą, spotkanie z Rybnikiem lekkie i przyjemne. Zastanawiam się, ile jeszcze w składzie INNPRO ROW-u widnieć będzie nazwisko Pedersen…
Na twarzach ludzi związanych ze Stelmet Falubazem może zagościć uśmiech. Biorąc pod uwagę jeszcze „prezent” od Grudziądzan lub Torunian, zależy z jakiej perspektywy popatrzymy, ten uśmiech wcale nie musi być łagodny. „Myszy” z Krono-Plast Włókniarzem rozprawiły się raczej spokojnie. Madsen już jest sobą, Przemysław Pawlicki utrzymuje świetną dyspozycję, Hampel razi solidnością, juniorzy dokładają sporo kapitału (szczególnie Ratajczak), nawet Jonas Knudsen zaimponował mi prędkością, a co za tym idzie – okazałym dorobkiem. W Częstochowie dziurawo. Wiktor Lampart chyba powoli będzie się żegnał z PGE Ekstraligą. Niezawodny jest Piotr Pawlicki, zwyżkę odnotowuje Kacper Woryna. Po nich zaś ciemno i pusto. No może za wyjątkiem juniorów, choć i oni wczoraj się nie popisali.
W Grudziądzu cała gama żużlowych fajerwerków, szczególnie w biegach 12-15, zupełnie jak nie tam. Słaby początek „Liglada”, ciężki mecz Małkiewicza i poniesionych na początku strat nie dało się zniwelować, mimo „zmartwychwstałego Fricke’a”. Dorobek trójki Lidsey-Miśkowiak-Tarasienko wskazuje na solidność. Elementem brakującym są indywidualne zwycięstwa. Wydawać by się mogło, że Pres Toruniowi szło „jak z płatka”. Jak się okazało – do momentu. Marność, niestety często zauważalna, dotknęła Roberta Lamberta, niedysponowany sportowo i fizycznie być może też był Kvech, a wynik „tańczył na krawędzi”. Fakty są takie, że Bayersystem GKM daje „żużlowy tlen” Falubazowi, podaje pomocną dłoń w walce o play-off.
Metalkas 2 Ekstraliga, czyli wielka Unia Tarnów
Weekend zaczął się niepozornie. Cellfast Wilki co prawda długo się męczyły, ale w końcu bezlitośnie „dorwały Jaskółki”, nie pozostawiając złudzeń. Mecz w zasadzie bez historii, choć warto odnotować, że w Krośnie można się ścigać w miły dla oka sposób. Sobotnie spotkanie to kolejny tego dowód. To, co jednak Tarnowianie zrobili w niedzielę, pozostaje dla mnie słodką tajemnicą. Do 9 gonitwy włącznie według scenariusza, mecz wyrównany, bowiem Abramczyk Polonia jechała bez Huckenbecka. Po ekscesie z udziałem duetu Woźniak-Heleniak (moim zdaniem niesłuszna decyzja sędziego, szczególnie w kwestii kartki ) działy się rzeczy, które fizjonomom się nie śniły. Polonia w zapaści, na kolanach, bezradna, błądząca, wybita z rytmu. Jakby mecz rozpoczął się od 10 biegu, na tablicy widniałby rezultat 27-9. Żużlowy kosmos. Brawa dla mocarnych u siebie „Jaskółek”. Brawa dla „diamentu” – Radka Kowalskiego (oby tak dalej). Wizja utrzymania nie jest już tak odległa. Pytanie, jak oni się wypłacą (taka mała złośliwość, nie mogłem sobie odpuścić).
Orły latały wysoko, ale to wciąż za mało na równą, kolektywną Fogo Unię. Robert Chmiel coraz pewniejszy, eksponujący swoje umiejętności, gromadzący duże zdobycze. Bardzo dobry tego dnia Vaclav Milik. Mecz życia Mikkela Andersena, kolejnego „diamentu do oszlifowania”. Co z tego, skoro Patryk Wojdyło wywróżył z fusów słaby występ, zaś Andreas Lyager liderem jest tylko na papierze. Leszczynianie nie zbaczają z dobrej drogi, Łodzianie jeszcze na nią nie wjechały.
Ciekawy pod względem taktycznym mecz odbył sie w Ostrowie. Pech się gospodarzy trzyma i nie chce puścić. Kiedy z gry wypadł Oliver Berntzon, spodziewałem się kłopotów. Po 10 biegu w zanadrzu nie mieli praktycznie nikogo oprócz Fredrika Jakobsena, który wystartował już jednak jako zastępstwo zawodnika. Solidny był nowy nabytek – Anders Rowe, bardzo dobry wynik osiągnęli juniorzy, co w ostatecznym rozrachunku pozwoliło na remis. Dwa defekty Grzegorza Walaska i anemiczna postawa Sebastiana Szostaka nie mogły jednak pozostać bez konsekwencji. Do drużyny poznańskiej przechodząc, nie rozumiem decyzji trenera Jóźwiaka o zmianie Bartosza Smektały. Z perspektywy czasu wszystko bazuje na sferze spekulacji, jednak pozostawienie dodatkowego startu „galaktycznego Douglasa” na późniejszy etap, wydawało się lepszym rozwiązaniem. Tym bardziej, że owy „Smyk” wyglądał całkiem nieźle, co znalazło odzwierciedlenie w jego wyniku. Remis to „zwycięski rezultat” Hunters PSŻ-u. By jednak myśleć o fazie play-off, wypada pobudzić Matiasa Nielsena. Moonfin Malesa już raczej myśli wyłącznie o utrzymaniu.


