Polskie orły #4: Domek z kart runął. Piramidalna katastrofa

Wydawać by się mogło, że gorzej być nie może. Otóż może. Może być znacznie gorzej. Przebijamy się skutecznie przez kolejne dna, a końca otchłani nie widać. To smutny czas polskiej piłki nożnej, moment, do którego nikt nie powinien dopuścić. Aby takie „okazałe bagno” wokół siebie zorganizować, niewątpliwie trzeba się o to postarać. Jak widać – nie ma rzeczy niemożliwych.

Komunikacyjna kompromitacja

To nie fabularyzowany paradokument, a niestety rzeczywiste realia reprezentacji Polski. Rozegrała się afera, jakiej w kontekście kadry nigdy jeszcze nie miałem szansy doświadczyć. Aż do teraz. Opinia publiczna od kilku dni „żyje” relacją na linii Probierz-Lewandowski. Media wykorzystują koniunkturę, rozbierając sprawę na czynniki pierwsze. „Rekonstrukcji zbrodni” przeprowadzał nie będę, gdyż tym od długich godzin zajmuje się prasa.

Najpierw na tapet wezmę Roberta Lewandowskiego. Jego absencję na zgrupowaniu określam jako błąd, choć nieco usprawiedliwiony. Ciężko bowiem dyskutować z powodami, które zawodnik wyszczególnił. Więcej o tym tutaj – Polskie orły #3: Polska kadra, czyli jajko niespodzianka. Co nas czeka ? – Bezkres sportu. Gdyby „Lewy” w Katowicach się zameldował, całego zamieszania prawdopodobnie by nie było. Z perspektywy czasu, może i lepiej, że „szambo wybiło”. Porównywanie naszej ikony do Luki Modricia, czy Cristiano Ronaldo, uważam za lekko niesprawiedliwe oraz zniekształcające rzeczywistość. Oni bowiem funkcjonują w „nieskażonych chorobą organizmach”, kiedy my „dusimy się własnym powietrzem”. Potem było roztoczenie spadochronu PR-owego pod postacią przyjazdu na pożegnanie „Grosika”, choć Lewandowski twierdzi, że była to planowana niespodzianka. Jak było – ciężko stwierdzić. Czy reakcja na odebranie opaski kapitańskiej była dziecinna ? Z jednej strony tak, choć ja skłaniałbym się raczej ku opozycyjnej odpowiedzi. Wszak sam Lewandowski w wywiadzie dla SportowychFaktów powiedział, że najbardziej ubodła go forma, w jakiej ta decyzja została mu przekazana. Ponadto uważam, że sama opaska stanowi swoisty wierzchołek góry lodowej, a rezygnacja byłego już kapitana to swoiste, kompleksowe votum nieufności. Jak wynika ze zrelacjonowanej przez selekcjonera rozmowy, Robert stwierdził, że kawałek materiału nic nie znaczy. Istotnie tak jest, gdyż sam formalny fakt nie musi odzwierciedlać rzeczywistości i tego, kto w obiegu praktycznym wspomnianym kapitanem jest. „Lewy” zdaje się być świadomym, że ta drużyna naprawdę ma większe problemy. Domniemam, spekuluję, że zapalników oraz lampek ostrzegawczych było kilka (styl gry, brak wyznaczonego kierunku, sportowa oraz wolicjonalna stagnacja, zapaść ), zaś opaska okazała się gwoździem do trumny relacji Lewandowski-selekcjoner.

Czas na Michała Probierza. Decyzję o odebraniu opaski kapitańskiej uważam za złą. Robert wybitnym kapitanem pewnie nigdy nie był. W mojej opinii jednak nikt poza nim do tej funkcji się nie nadaje. Lewandowski jest postacią ikoniczną, wręcz pomnikową, ale przede wszystkim autorytatywną, jedyną, która nosi znamiona lidera. Nie dostrzegam połowy kandydata, który mógłby powstałą lukę zapełnić. Szatnia podobno jest podzielona w kwestii wyrażenia aprobaty lub dezaprobaty dla decyzji selekcjonera. Oznajmiam zatem, że „Lewego” nie trzeba uwielbiać. Można się jednak taką postacią inspirować, bo naprawdę jest kim, i jest za co. Czasem warto spojrzeć w górę, niżeli przed siebie. Wracając do postaci trenera, dokonał wyboru, do którego upoważnia go stanowisko. Sam sposób pozostawia wiele do życzenia, jest wręcz upokarzający, nie przystający do urzędu selekcjonera. Decyzja podjęta po konsultacji z drużyną – to mogliśmy usłyszeć na konferencji. Później jednak nastąpiło sprostowanie ze strony samych zawodników. Istny chaos. Mam wrażenie, że Michał Probierz zbudował labirynt i sam się w nim zgubił.

Dwie perspektywy, niespójność, niedopowiedzenia. Tu nie ma zwycięzcy, są tylko przegrani. Przegrana jest przede wszystkim polska piłka. Moim zdaniem z boju Probierz-Lewandowski z tarczą wrócił jednak ten drugi. I jeszcze te gówno-konferencje za przeproszeniem, z których nie dowiadujemy się nic poza tym, że „dobro drużyny jest najważniejsze”. Jeśli jednocześnie „dobro drużyny jest najważniejsze”, a Michał Probierz „dokonuje przewrotu majowego” kilkadziesiąt godzin przed ważnym eliminacyjnym spotkaniem, to ja żyję w matrixie.

Blamaż z Finlandią

Spotkanie teoretycznie jedno z najważniejszych. W praktyce do wczoraj nikt się tym meczem nie interesował, czemu ciężko się dziwić. Na samym boisku nie wydarzyło się nic, czego mogliśmy nie przewidzieć. Oczywisty jest fakt, że „afera opaskowa” istotnie wpłynęła na morale drużyny, jej mentalne usposobienie. Mimo tego, indywidualne umiejętności nie pozwalały nam tej rywalizacji przegrać. A jednak…

Niezłe było piętnaście minut. Sytuacja Piątka, Casha, względnie szybkie, jedno/dwukontaktowe prowadzenie gry, żywotne dryblingi Nicoli Zalewskiego. Nastąpił jednak indywidualny błąd Skorupskiego, rzut karny, w konsekwencji gol dla Finów. Od tamtego momentu Polakom splątały się nogi, a my graliśmy reaktywny futbol (nieskuteczny zaznaczam) z „wielką Finlandią”. To Finowie pokazali nam sztukę szybkiego ataku przy bramce na 2-0. Ofensywna gra Polaków opiera się od jakiegoś czasu na prostych schematach, braku odwagi, bezmyślnych dośrodkowaniach z nieprzygotowanych pozycji. Tak było również wczoraj. Bramka na 2-1 idealnie odzwierciedla stan reprezentacji. Wpadł od niechcenia jakiś farfocel. Tyle mieliśmy wczoraj do powiedzenia. Nie wyobrażam sobie, by Michał Probierz dalej piastował urząd selekcjonera.

Cyrk o nazwie PZPN

Prezes Kulesza ożył dopiero dzisiaj, kiedy „ziemia jest już spalona”. Do tego czasu PZPN pozostawał bierny. Instytucja, której dobrą reputację nadał Zbigniew Boniek, wróciła do punktu 0, choć może bardziej celnym określeniem byłby punkt 0,7. Tak, to było złośliwe. Złośliwe, ale nie bezpodstawne. Z całym szacunkiem do prezesa Kuleszy, ale nie jest on w mojej opinii osobą formatu prezesa PZPN. Nie będzie nią osoba, której ciężko zabrać publicznie głos. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że Kulesza nie ma w zasadzie żadnej konkurencji, kogoś, kto może spoglądać mu na ręce.

Patologią jest ordynacja wyborcza, na podstawie której dokonuje się wyboru prezesa. Liczą się zakulisowe relacje, układy, czy potencjalne stołki. Mamy bajzel na boisku, mamy bajzel w szatni, mamy bajzel w gabinetach. Hulaj duszo, piekła nie ma ! Ot cała polska piłka !

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry