
Trwający od czwartku „maraton żużlowy” czas podsumować. Rozpędzone są leszczyńskie Byki, które odprowadziły z kwitkiem dwóch kolejnych rywali. Swoje imperialne zapędy zdradza Orlen Oil Motor Lublin. „Praskiego księcia” Vaculika z tronu strącił nie kto inny, jak Bartosz Zmarzlik. Kilka pozytywów po minionym weekendzie znajdziemy również w Rybniku.
Praga w cieniu Zmarzlika
Przed długi czas zawody w Pradze swoją ciekawością przypominały raczej grzybobranie, a nie żużel. Jedynym, zapewniającym zgromadzonym kibicom cokolwiek widowiskowego zawodnikiem był Bartosz Zmarzlik. Potem na moment zrobiło się fajnie, a to za sprawą Dan’a Bewley’a i „Fast Freddy’ego”. W programie zawodów pozwoliłem sobie na niezgrabny komentarz o treści: „Bewley’owi urosły jaja”. Redaktor Korościel przyznał z kolei, że „zhardziało nam szczenię”. I faktycznie, był to pojedynek godny cyklu Grand Prix.
Bartosz Zmarzlik w swoje setne zawody okazał się być bezkonkurencyjny. Mentalny rollercoaster udźwignął za to Brady Kurtz, co z pewnością mu nie zaszkodzi. Mało tego, Australijczyk prawie wjechał do finału. Na drodze stanął mu jednak dobry tego dnia Leon Madsen.
Bardzo efektywnie radzi sobie póki co Andrzej Lebiediew. Zupełnie, jak nie on – zachowuje zimną krew, obiera korzystne ścieżki, nie daje ponieść się fantazji. Oby tak dalej. U Mikkela Michelsena odwrotnie – na froncie ligowym niezwykle skutecznie, w Grand Prix często bez wyrazu. Przewrotny żużel – tylko tyle i aż tyle.
Słówko jeszcze o Lindgrenie. Przypomniał się i zgłosił aspiracje. On znów zamierza walczyć o medal i trzeba przyznać, że jego akcje stoją całkiem wysoko (szczególnie, jeśli „chodzi zewnętrzna” 🙂
Płynąca na fali Unia Leszno
W czwartek Leszczynianie bez większych problemów rozprawili się z Hunters PSŻ-em w Poznaniu. Spotkanie nudne, jak flaki z olejem, ale czy jakiegokolwiek kibica „Byków” to denerwuje ? Śmiem wątpić. Uwydatnili siłę drużyny, byli równi i skuteczni, nawet jeśli drobną zadyszkę przeżywa Grzegorz Zengota. Należy podkreślić, że na całkowicie odpowiednie tory wjechał Janusz Kołodziej. Minusów masa po stronie poznańskiej. Cieżki jest pierwszoligowy żywot Bartosza Smektały. Matias Nielsen wciąż poniżej oczekiwań. Pojedyncze symptomy prędkości, to wciąż zbyt mało. Swoją robotę względnie wykonuje Norick Bloedorn, choć i w jego przypadku mam mały zgrzyt. O tym, że posiada potencjał, słyszałem już lata temu. Problem w tym, że Bloedorn jakby stoi w miejscu. Kapitalny był Ryan Douglas, który choćby chcial, to sam meczów jednak nie wygra.
Na dokładkę „Byki” zjadły „Żurawie”. Brałem pod uwagę zwycięstwo Fogo Unii, ale nie w takim wymiarze. Zbyt łatwo, zbyt gładko, wręcz bezboleśnie. W stolicy podkarpacia błyszczał przede wszystkim Nazar Parnicki. W przeddzień meczu awansował do SEC, by dzień później zakręcić się w okolicach kompletu. Przepis na weekend idealny by Nazar. Nawet ten Josh Pickering, niby w cieniu, niby omylny, ale regularny i co mecz przywożący 7-10 punktów, a to wartość bezcenna. Była również wszystkim znana „mania wygrywania”, „mania wyprzedzania”, „mania Manii” dwoma słowami.
Minimalistyczne Żurawie ; Wilki Krosno znów górą
Autona Unia Tarnów naprawdę napędziła sporo strachu Texom Stali. „Spacerek” to nie był, wręcz spore męczarnie. Mateusz Szczepaniak udowodnił, że jeszcze nie czas na skreślanie jego osoby. Skuteczni potrafili być Zagar, czy Lewiszyn. W pierwszej części zawodów brylował Radosław Kowalski. „Pierwsze koty za płoty”, jestem ciekaw, jak dalej będzie układał się domowy los „Jaskółek”. Nie oszukujmy się, atut własnego toru to jedyne narzędzie mogące utrzymać Unię w Metalkas 2 Ekstralidze.
Przejdźmy do drużyny Rzeszowian w kontekście dwóch ostatnich ich potyczek. Po stronie plusów Keynan Rew, dla którego drugi poziom rozgrywkowy, to na ten czas rozwiązanie wręcz idealne. Nicolai Klindt spadł na ziemię z obłoków, na które wjechał podczas debiutu. U Pawła Przedpełskiego wciąż brakuje czegoś ekstra, choć może to ja mam zbyt wygórowane oczekiwania. Zadziwiająco miałki jest Thorssell, zaś Bellego to już chyba nawet nie cień samego siebie. Solidnie prezentuje się Marcin Nowak, jak na niego przystało. Więcej spodziewałem się także po juniorach. Miejsce w tabeli się zgadza, choć wrażenia takie sobie prawdę powiedziawszy.
Wilki wybrały się na całkiem owocną wycieczkę do Łodzi. Można powiedzieć, że selektywny tor oddzielił chłopców od mężczyzn. Idąc tym tokiem rozumowania, chłopcami okazały się być formacje juniorskie obu drużyn. Do mężczyzn zaliczyć można Mathiasa Pollestada. Debiut marzenie, pewna jazda na motocyklu ( co wcale nie było takie oczywiste ) i potwierdzenie, że Norweg będzie ważnym elementem zespołu. W tym facecie tkwi spory potencjał. Mimo słabszej dyspozycji Jamroga oraz Bjerre, zespół się bilansował. Z Cellfast Wilkami liczyć musi się absolutnie każdy. H.Skrzydlewska Orzeł z imponującym Chmielem, skutecznym u siebie Wojdyło. Jako torowa para, ta dwójka wykreowała bilans punktowy 15:3. Aż strach pomyśleć, co by się działo bez tych ogniw. Przed Łodzianami wyjazd do Leszna. Marne to pocieszenie.
GKM się przełamał ; ROW wraca z tarczą
Miały swoje problemy „Gołębie” i poniekąd wciąż je mają. W lekkim niebycie, bez względu na rangę rywala, pozostaje Max Fricke. Australijczyk jest tak wolny, jaki od dawna nie był. Po czwartkowym spotkaniu z Motorem, minorowe nastroje mógł mieć praktycznie każdy. Wczoraj musiała jednak nastąpić rehabilitacja i tak faktycznie się stało. Drugi kosmiczny mecz w sezonie odjechał torpedowy spod linek Kuba Miśkowiak, do żywych powrócił Vadim, a sygnały lepszej dyspozycji daje Kacper Łobodziński. Michael Jepsen Jensen był sobą. Podobnie Jaimon Lidsey – zawsze stabilnie niestabilny.
Wczorajszy obraz Gezet Stali Gorzów był najzwyczajniej nędzny, wołający o pomstę do nieba. Na to patrzyło się po prostu ciężko, szczególnie zwolennikom „Stalowców”, takim jak ja. O minusach, deficytach, brakach tego zespołu już była mowa wielokrotnie. Nic nie usprawiedliwia jednak tak słabej dyspozycji liderów drużyny. O Oskarze Fajferze nie wspomnę – sportowa zapaść w pełnej krasie. Jemu samemu też z pewnością niełatwo się przez to przechodzi. Loty w sposób znaczący obniżył Oskar Paluch. Zgroza i rozpacz. Sztab musi podjąć jakąkolwiek akcję reanimacyjną przed domowym rewanżem z Bayersystem GKM-em.
O Rybniku ostatnimi czasy wyrażałem się raczej w niepochlebny sposób. Można powiedzieć, że zielone światło w tym śląskim, górniczym tunelu jakkolwiek rozbłysło. Maksymie Drabiku- trwaj w tej formie. Był kapitan, był niezły Nicki, była „pchełka z Kirri Kirri”, w konsekwencji były 42 punkty. Co szczególnie zwróciło moją uwagę, to świetne defensywne poczynania Rohana Tungate’a. Widać, że facet zna tor przy W69. Stelmet Falubaz ma silnego, jak nigdy Przemka (szkoda sobotniego SEC Chalenge), odzyskał Madsena. Jest na czym budować, ale wciąż pozostaje sporo do poprawy. Ten rezultat nie może satysfakcjonować bandy Piotra Protasiewicza.
Motor rządzi i dzieli
Nie ma znaczenia miejsce i przeciwnik. Orlen Oil Motor rządzi oraz dzieli, rozdaje karty, świetnie się bawi i jest poprzeczką na razie niedostępną dla innych. Czwórka seniorów wypełnia swoje obowiązki, każdy z nich może być liderem zespołu, w kapitalnej dyspozycji znajduje się Bartosz Zmarzlik. Ktokolwiek popełni błąd, nie ma problemu, lukę wypełni kolega z zespołu. Wzrasta ostatnio także Mateusz Cierniak. Minusów w zasadzie brak, chwalić zaś można za wszystko. Upraszczając rzeczywistość, dla duetu Kuciapa-Ziółkowski jest to robota wręcz bezstresowa. Zadawałem sobie pytanie, czy Pres Toruń zaprzeczy logice ? I cholera, nie zaprzeczył. Fakt, że najlepszy Patryk Dudek miał 9 punktów, mówi sam przez siebie. Mały plusik dla Mikkela Michelsena. Nie jest łatwo wrócić do spotkania po tak koszmarnym początku, a on temu podołał.


