(Po)bojowisko #1: Paleta ekscytujących chwil na XTB KSW 103 w Libercu

Emocje powoli opadają po świetnej, a już na pewno bardzo dobrej gali XTB KSW 103 w Libercu. Bezkres sportowych emocji, że pozwolę sobie użyć takiego sformułowania, opanował wczoraj czeską halę. Nadszedł więc moment, bym po uporządkowaniu własnych myśli, w pigułce przekazał osobiste odczucia dotycząco minionego już wydarzenia.

Kilka słów wstępu

W Home Credit Arenie wczoraj było wszystko lub prawie wszystko, co fanów wszechstylowej walki wręcz mogło rozpalić do czerwoności. Od nokatów, przez poddanie, po frapujące boje toczone na pełnym dystansie. Percepcja takiego wydarzenia może być wyłącznie pozytywna. Jeśli miałbym dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, byłby to prawdopodobnie brak swoistej, metaforycznej „pieczątki”, „kropki nad i”, jakiegoś jedynego w swoim rodzaju, spektakularnego skończenia. Gala miała swoich bohaterów, wygrywali również „underdodzy”, ale do personaliów przejdę za chwil. Warto nadmienić żywiołowe reakcje zgromadzonej w arenie publiczności, które dodawały kolorytu stricte sportowym obrazkom. Event wpisał się w trafną często myśl, że to nie nazwiska tworzą wydarzenia. Niekiedy słabiej obsadzona z pozoru karta może na koniec dnia wyposażyć nas w sporą dawkę wspomnień.

Sportowe impresje

Rozpoczęliśmy z wysokiego „C”, lecz nie tylko ze względu na sam nokaut, ale całokształt postawy Josefa Stummera. Pewność ruchów, kontrola wydarzeń, dobra praca ciałem, efektowne skończenie, które prawdopodobnie zakończy się nokautem wieczoru. Nic, tylko przyklasnąć.

A potem był chaos. Choć „Siexa” wyszedł z walki obronną ręką, dał pełen emocji, krótkotrwały, intensywny pojedynek, wyposażony w zwrot akcji, to na dłuższą metę nie może sobie pozwolić na tego typu incydenty. Za duży bezład, bałagan, brak szczelności, lekkomyślność zmusiły Jacka Gacia do przeżywania trudnych chwil. Rywalowi ten chaos sprzyjał, upatrywał w nim swoją szansę, do której wykorzystania prawdę mówiąc mało brakło.

Dawid Śmiełowski był lepszy niż w ostatnim pojedynku, ale to za mało na imponującego Paivę. Pojedynek świetny od strony technicznej i w dużej mierze wypełniony ciekawą treścią. „Królik” orbitował po oktagonie, kopał, niekiedy zrywał tempo, niekoniecznie zawsze wykorzystując swoje warunki fizyczne. Paiva zdawał się być stosunkowo wypoczęty przez cały bieg walki, wytwarzał presję mieszał płaszczyzny uderzeń, był błyskotliwy. Brazylijczyk to niezwykle cenne wzmocnienie dywizji lekkiej KSW.

Więcej spodziewałem się od Stevena Krta, choć na walory estetyczne pojedynku narzekać nie mogę, bowiem najzwyczajniej w świecie była to niezła jatka. Kiedy Czech wywierał presję, próbował zapasów, był napastliwy, Fadipe lepiej radził sobie w dystansie, wyprzedzał ruchy przeciwnika, dobrze poruszał się na nogach. Fajnie się to oglądało, co powoli staje się znakiem rozpoznawczym Irlandczyka, którego smiało można określić mianem „gatekeepera” federacji KSW.

Efektowny i warty docenienia performance dał Oleksii Polishchuk, który metodycznie, krok po kroku rozmontowywał Alfana Rochera-Labesa. Jak zapowiadałem przed galą, był po prostu lepszy, kompletniejszy. Samo skończenie, czyli płynne przejście z trójkąta do balachy, palce lizać. Swoją drogą, to musi być przepiękne, obfite w zaszczyt uczucie, mieć w narożniku tak wybitną, ikoniczą jednostkę, jaką jest Michał Materla.

Kolejnym starciem, którego trafnym określeniem zdaje się być słowo solidne, to walka Matusa Juracka z Krystianem Kaszubowskim. Mam poczucie, że Czech w tym pojedynku zrobił niewiele, by unieść ręce w geście zwycięstwa. Do trzeciej rundy był bierny, pasywny, a kiedy postanowił włączyć się do walki, było już za późno. „Kris” idący przed siebie, z charakterystycznym stylem, chciał wczoraj zwyciężyć. Mam jednak ogromne wątpliwości, czy stać go jeszcze na sięgnięcie po najwyższe laury, wręcz w to wątpię. Pewnego sufitu Kaszubowski już chyba nie jest w stanie przebić.

Następnie nadszedł koncert eksluzywny, efektowny, o wysokiej jakości, nacechowany emocjonalnie. Istny rollercoaster, jaki zafundowali kibicom Humburger i Dzikowski, to bez cienia wątpliwości walka wczorajszego wieczoru. Borys bardzo dobrze radził sobie w klinczu, często wręcz dążąc do tego elementu gry, czy wykorzystując go w fazie defensywnej. Sprawił, że wbrew przekonaniom klincz także może być ciekawy. Humburger dążył do zwarć, wymiany uderzeń. W środowisku chaosu czuł się jak ryba w wodzie i ostatecznie dowiódł swojej wartości. Aurę pojedynku zbudowały również intrygujące, kreatywne wyjścia do klatki. Dla Polaka wybrzmiał „Jozin z Bazin”, zaś Czech wyszedł w skrajnie odmiennym anturażu oddziału czeskiego wojska, którego jest ambasadorem. Wszystkie elementy złożyły się na rewelacyjny całokształt, który na długo zadomowi się w pamięci.

Przedostatni rozdział XTB KSW 103, to pojedynek na szczycie kategorii półciężkiej. Co tu dużo komentować, Damian Piwowarczyk dojrzewa na naszych oczach, wczoraj analityczny, opanowany, kontrolujący emocje, z dynamitem w swoim lewym prostym. Dla Szewczyka to debiut absolutnie niepomyślny, w którym nie zdążył jakkolwiek rozwinąć skrzydeł.

Finałem gali w Libercu był „one man show” czeskiego bohatera – Leo Brichty. Zejście kategorię niżej okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Jak sam mówi, on wczoraj płynął. Płynął przy akompaniamencie pulsującej hali. Był kompletny, wyostrzony, przygotowany taktycznie. Jego mowa ciała, styl poruszania, movement wyglądały fantastycznie. To wszystko złożyło się na końcowy obraz i było zwieńczeniem udanego wydarzenia federacji KSW.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry