(Po)bojowisko #7: Kuberski wysyła do innej krainy ; Michalski kontynuuje passę

Sobotnia gala miała momenty, natomiast w całościowym spojrzeniu, jestem nieco rozczarowany. Ogniwa poszczególnych starć kazały oczekiwać fajerwerków. Te fajerwerki dostaliśmy, tyle że na sam koniec. Niemniej jednak, jak już Piotr Kuberski „wystrzelił rakietę”, to pokaz był to efektowny i okazały.

Zaprogramowany Kuberski ; Michalski nie zawiódł

Niby w walce wieczoru nie wydarzyło się nic, czego nie można było przewidzieć. Piotr Kuberski jednak zawsze dba o to, byśmy jego klatkowe harce oglądali z zapartym tchem. Ten facet, oprócz nie ulegającym wątpliwościom umiejętności, wypracował w sobie ogromny kapitał mentalny, przekonanie do własnych atutów, a co najważniejsze – zdolność wykorzystywania ich w walce. Podczas sobotniej batalii, „Qbear” chodził za Paczuskim, obserwował, czytał, być może czekał na moment, kiedy będzie mógł przeprowadzić przygotowaną akcję. Zawodnik „Unic Fight Club” orbitował w znamienny dla siebie sposób, nie szukał zwarcia, a pojedynczych uderzeń. Kiedy jednak Paczuski natknął się na nogę Kuberskiego, to widzieliśmy powstały w wyniku tego obraz. Z niecierpliwością wyczekuję powrotu Pawła Pawlaka, a co za tym idzie -unifikacji pasów.

Michał Michalski niezmiennie solidny, skuteczny, przewidywalny i nieprzewidywalny zarazem. Nie było tajemnicą, że „Cukier” będzie wywierał inicjatywę, składał kombinację bokserskie, a gdy nadarzy się okazja – obalał. Tak też było, tyle że Polak wspomniane serie ciosów wyprowadzał bardzo szybko, utrudniając rosłemu Vrtaciciowi defensywę. Chorwat swój moment miał, a zrodził się on, o ironio, na skutek chęci skończenia pojedynku przez Michalskiego. „Bałkański gigant” określoną jakość oczywiście reprezentuje i mocnym elementem kategorii rzecz jasna jest. Przedwczoraj niezbyt wiele miał jednak do powiedzenia, zaś „Cukier” pewnie postawił kolejny stempel jakości. Zacieram ręce na potencjalny bój Michalski-Zerhouni i liczę że takowy się zmaterializuje.

Wrócił Skiba ; Stummer zapewnia emocje ; zwycięski Szewczyk

Szkoda Oskara Szczepaniaka. Talent jest to niemały, natomiast margines do progresu wciąż ogromny. Tak jak w starciu z Łopaczykiem, tak ze Skibińskim, kluczową rolę w mojej opinii odegrał brak zachowania „obecnej głowy” w newralgicznym momencie walki. Kiedy zawodnik „Berserkerów” został przełamany, z jego osoby jakby uleciało powietrze. Nie wierzyłem w zwycięstwo Daniela Skibińskiego i w tym odczuciu nie byłem osamotniony. Początek nie zwiastował niczego zaskakującego. Szczepaniak był szybszy, lotniejszy, celniejszy. „Skiba” w końcu potrafił jednak zaprzęgnąć to, czego nie realizował ostatnimi czasy, a co jest jego bronią. Są to oczywiście elementy grapplerskie. Obalał w tempo, dynamicznie, efektownie, w konsekwencji dokonał swojego dzieła na macie. Wywiad po walce to kolejny triumf „Skiby” tego wieczoru. Duże słowa uznania.

W „Ciszy przed burzą” mówiłem o osobistej słabości do Josefa Stummera. Ona z pewnością nie zakończyła się po sobotniej walce. Walka z Kexelem przynajmniej na solidnym poziomie. Niemiec, niczym wyrobnik, rzemieślnik, wkładał sporo pracy w swoje poczynania, przeważając w elementach zapaśniczych. Stummer na przestrzeni lat ewoluował i najlepszą jego wersję oglądaliśmy przedwczoraj. Świetny boksersko, z czutką, timingiem, świetnie pracujący prostym ciosem, dobrze radzący sobie w defensywie parterowej. Nie widzę zbytnich kontrowersji, co do werdyktu. Jasne, Kexel szedł do przodu, inicjował, wywierał presję. Wyznacznik o nazwie „efektywny striking oraz grappling” stał jednak po stronie Czecha.

Bartosz Szewczyk wreszcie zwycięski i to chyba dla niego jest najważniejsze. Walka nie porwała lekko mówiąc. Dawid Kasperski wybrał drogę, którą kroczył w boju z Krzysztofem Głowackim – krążył, kując potężnym low-kickami. Bartosz Szewczyk na początku ospały, w drugiej rundzie bardziej aktywny, zaś dopiero w trzeciej imający się parteru. Starcie bliskie, wyrównane, nie zawierające „przesadnych grzmotów”.

Inne starcia

Ewelina Woźniak pewnie pokonała Monikę Kucinic. Pojedynek solidny, ale nie prowokujący do daleko idących przemyśleń. Rozczarował mnie bój Borysa Dzikowskiego z Alanem Van Der Mercktem. Liczyłem, że przeznaczę tej walce osobny śródtytuł, tymczasem upłynęła ona pod znakiem dominacji parterowej Belga. Wiktor Cervinsky wyciągnął z pleców urodziwy trójkąt. Michał Gniady przekonał się z kolei, że KSW to chyba jeszcze zbyt wysokie progi, z całą sympatią dla „Kokosa”.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry